W hotelu mogę być do 12.00, więc rano się trochę oprałam, i choć w nocy padało, wszystko jakoś przeschło. Od rana trochę bieganiny po mieście, bo na małych pocztach oraz tych w mniejszych miejscowościach, nie ma faksów i relacje z wyprawy wysłałam dopiero z poczty głównej w Hradec Králové. I być może dlatego, że wyruszyłam na trasę później, plecak wydaje się dwa razy cięższy. Ale za to po drodze bez problemów kupiłam wodę, krem i pastę, no i jadłam też mirabelki.
Dzielnice Věkoše, Pouchov, Rusek, a dalej miejscowości: Skalice, Vlkov, Josefov, Jaromĕř i znowu problem z noclegiem. Jedna z osób, które pytałam o hotel, starszy pan na rowerze, jak mówiliśmy o cenach, stwierdził że lepiej spać w parku w Josefovie, niż płacić tyle za nocleg, bo ten w pobliżu był drogi. Idąc, z karimatą i śpiworem, sama już wcześniej myślałam o ewentualnym nocowaniu w lesie, bo miałam serek i bułkę (też na śniadanie), no i wodę. Potem o nocowaniu gdzieś w pobliżu parku na polanie, nawet rozglądałam się w tym celu za jakimiś krzakami, ale stchórzyłam. No może gdyby to był las, to odważyłabym się, ale po parku w nocy mogą chodzić ludzie.
między dzielnicą Josefov a Jaromĕř, płyną w odległości mniejszej niż kilometr dwie rzeki Metuje i Labe
Następny hotel wskazała kobieta spacerująca z dzieckiem, a dalej pomogli mili chłopcy, i choć jeden z nich był na rowerze, podeszli ze mną prawie pod sam rynek, gdzie miał być Hotel Pod Jeleniem za 250 koron, ale wolnych pokojów brak, chyba niepotrzebnie zrobiłam zdjęcie. Było około 20.00, i blisko nad pizzerią, jest hotel ale za 500 koron. jako jedyna możliwość noclegu, po przejściu około 21 kilometrów. I znowu zamiast nocować gdzieś dalej na trasie, musiałam iść do centrum Jaromĕř i krążyć po mieście szukając hotelu. Fajnie by było gdyby ktoś dokładnie policzył te kilometry, np. GPSem. Napisałam sobie ile jest do granicy i jeśli nie będę szukać hotelu, to będzie około 34 kilometry.
Kolejnego dnia wyruszam około 7.00, pogoda idealna bo nie jest gorąco i nie pada. Na wyjściu z Jaromĕř, stuletni dom z wizerunkiem patrona miasta,
a na drogowskazie, kilometry do Wrocławia, proszę zwrócić uwagę ile jest jeszcze do maszerowania,
Rychnovek, tu zabudowania przy samej szosie i psy szczekają, skacząc ponad płot. Za Volovka, kilka razy podlatuje do mnie końska mucha, jak gdyby mnie „kokietowała”. Idzie się dobrze bo chłodno i słońce za chmurami, chociaż gdy zaczynam pisać to się przeciera. Mrówki "łażą" mi po plecaku, jakby chciały iść ze mną, chyba wyczuły moją ochotę na jakieś ciasto. Mĕstec, gdzie planowałam nocleg, Nahřany i około 12.00 Nové Mĕsto nad Metují. Świetna pogoda przez całą drogę, choć przeszłam trochę mniej, bo 18 kilometrów, z uwagi na to że jutro zaczynają się góry, to co dla mnie jest najtrudniejsze, a ja raczej jestem turystką brzeżno-morską. Hotel Metuj, nocleg 200 koron. Ale najpierw zakupy, wreszcie kupiłam owoce, bo na trasie nie mam możliwości umycia ich, wodę, sok i coś na drugie śniadanie. A w hotelowej restauracji zjadłam pyszne sadzone jajka (może to śmieszne co piszę) za 33 korony. Wcześniej zanim jeszcze znalazłam hotel, na poczcie którą mi wskazano nie było faksu, bo małe poczty takiego udogodnienia nie posiadają, i do Polski mogę wysłać fax tylko z Náchodu. Łączność wręcz satelitarna, ale mogę wysłać z hotelu. Na drugi dzień rano, coś miłego, bo nie płaciłam w hotelu za wysłane faksy (nadmienię, że za poprzednie wysłane na trasie zapłaciłam ponad 200 koron). Babeczka w recepcji w rozmowie potwierdziła, że dużym utrudnieniem dla Czechów jest to, że na pocztach nie ma faksów. Teraz, idę się rozejrzeć za jakimś płaszczem przeciwdeszczowym (sklepy na głównej ulicy), mam dwie wody z obawy przed niemożliwością kupna w górach. W efekcie kupuję cienką folię malarską, by owinąć plecak bo mży, oraz łyżeczki jednorazowe (bo jak taka gapa nie wzięłam i przez to nie kupowałam jogurtów).
Na trasie w kierunku czesko – polskiej granicy turystycznej, zmiana krajobrazu. Las i zaczęły się góry, dosłownie i w przenośni. Niemożliwością było robienie notatek, a kupcy z tymi tobołami, nie wyobrażam sobie



