niedziela, 31 maja 2026

Psary – miejscowości podane w tekście – Dobroszyce – Cieszyn – Przygodzice

Wiem, że nie powinno zaczynać się zdania od więc, więc trochę o marszrucie. Czasem mam ochotę zrezygnować i ze względu na trudności w znajdywaniu noclegów i na wyczerpujące się już finanse, jak i niedokładne mapy.  Kierunek Ramiszów, słychać szmer wody, trasa wzdłuż strumyka. Jest gorąco, pot leci mi do oczu i wypijam hektolitry wody. Przed Domaszczynem piękne małe gruszki. Dobrze się idzie przez wsie, bo spokój na drodze, lasy i można zjeść owoce z drzew, śliwki, gruszki i jabłka. Gadam do psów, krów, drzew. Ale nie mogę zrozumieć tych śmieci z samochodów walających się po polach i rowach, przecież kierowcy tego nie niosą. Szczodre, ładny stary dom i rzeka Dobra. 

W miejscowościach są czytelne i pomocne plany ulic.


Hotelik w Dobroszowie Oleśnickim.

Dalej Januszkowice, we wsiach czysto, są pojemniki, dużo starych domów bez dachów, chyba do rozbiórki. Jem pod dziką jabłonką i myślę, że gdyby ktoś się przyłączył do mnie na szlaku i pisał pracę, to w zasadzie miałby „gotowca”.  Pytam o drogę, ale pokierowano mnie w stronę szosy i trochę w bok od trasy szlaku, zamiast na Dobrzeń, to na Stępin. Oczywiście gapa polazłam, ale po chwili się „kapnęłam”. Po kolejnych zapytaniach ktoś powiedział, że niepotrzebnie robię koło, potem pokierowali rolnicy na maszynach. Idę polnymi drogami i przez pola, kurzy się a drobny piasek na twarzy działa jak naturalny peeling,, oczy szczypią od potu. Znowu maszeruje szosa i buty lepią się do asfaltu. Jakiś ziemniak na poboczu i biorę ze sobą z myślą że sobie zjem jak znowu będzie nocka w polu. Po 30 kilometrach docieram do Dobroszyc, pytam o nocleg i ponoć są noclegi gdzieś nad fryzjerem, ale ktoś się pyta czy mam klucz, odpowiadam, że nie i na to odpowiedź, że nic nie wiedzą. Pytam jeszcze w sklepiku i kiosku, gdzie wskazują Oleśnicę. Podjeżdżam więc kilka kilometrów autobusem i jest hotel. 

Od samego rana w Oleśnicy, hałas na ulicy jak w wielkim mieście. W kiosku kupiłam film do aparatu i wypłaciłam pieniądze (kioskarz pokierował). Oczywiście już na starcie zamieszanie z odjazdem autobusu i peronami, ale wreszcie jadę z powrotem do punktu etapowego. Wysiadka i ruszam szlakiem. Za Kolonia Strzelce piękne lasy, napotkany grzybiarz pyta: „czy pani idzie dookoła Polski?”. Co do pogody, to nie ma piekącego słońca, ale jest duszno. 

Przed przejazdem w Grabownie Wielkim grzybiarze z koszami pięknych prawdziwków, a przy torach, zabytkowe urządzenia do nalewania wody do lokomotywy a na szosie wielkie czerwone maszyny rolnicze. Trochę lepiej się idzie bo jest fantastyczny wiatr. Przejście przez Twardogórę ulicą Wrocławską i dalej Wielkopolską jest dość szybkie, bowiem centrum miasta jest nieznacznie z boku. Idzie się trochę pod górę, przechodząc obok pięknie wyremontowanych parterówek. Przed Goszczem po lewej w oddali widoczne jeszcze wzgórza, a za chwilę ogromne zabudowania fabryczne. Około kilometra dalej, przed Domasławicami sznury samochodów. 


Na zdjęciu ciekawostka, dwie miejscowości zaczynają się jednocześnie. A do Cieszyna trasa z górki, spokój na szosie i jak to nazywam „tunele leśne”. Dopytując o drogę i nocleg, załapałam się na podwózkę z piekarnią do Sośnie, gdzie jest stanica harcerska. Prawie 27 kilometrów w tym dniu, i nie wiem jak dostanę się rano do Cieszyna na trasę, choć ponoć nie ma być problemu, żeby zabrać się jakimś stopem z powrotem. Jak już w relacjach pierwszego dnia, podjeżdżam do hotelu na nocleg i muszę wrócić do punktu etapowego, by pieszo kontynuować wyprawę. 

Ranne wyjście z Sośnie, ale nikt nie chce się zatrzymać, idę więc nadprogramowe 7 kilometrów do Cieszyna. Jestem dobita, siadam w lesie, jem i dzwonię. Po czym ruszam, i robię jakieś niepotrzebne, dodatkowe kilometry w bok od szosy. Za Chojnikiem w lesie wiatr, wszędzie grzybiarze i proponują autobus, mówią, żeby nie iść przez las, więc idę szosą, asfalt się lepi, czapkę mi zwiewa. Za Czarnym Lasem, lasy i lasy. Miejscowość Dębnica i stawy, a napotkana osoba opowiada, że teraz są pozarastane brzegi, kiedyś można było spacerować wokół nich, a teraz prywatne i gonią. Nadal lasy, nie ma gdzie przysiąść bo ławki na przystankach w większości rozebrane. Fajne jest, że często dzieci i młodzież po wsiach i małych miejscowościach mówią „dzień dobry”. Miejscowość Przygodzice, po ponad 34 kilometrach, a w okolicy przystanku za centrum pytam o ewentualne noclegi i połączenia do Ostrowa Wielkopolskiego, bo miały być jakieś tanie hotele. Ale na miejscu okazuje się, że nie na moją kieszeń a i jeszcze do tego mam wątpliwości czy kontynuować przedsięwzięcie. 

Jednak po przemyśleniu, jak i po opraniu się wracam do Przygodzic i ruszam na trasę. 

wtorek, 19 maja 2026

Kłodzko – Wojciechowice – Kamieniec Ząbkowicki – Ciepłowody – Jordanów Śląski – Wrocław – Psary

Przez te „luksusowe” warunki w nocy jadłam i wyszłam jak najwcześniej, nie wiem ale pewnie nocując w hotelu czekałabym, aż przestanie padać. Dzisiaj to był „deszczowy rekord świata”, całą noc lało. Opakowałam plecak folią, ale i tak teraz wszystko ocieka, moje kserówki map totalnie mokre i w strzępach. Jak wyszłam to nakryłam się też folią, ale za chwilę, jak byłam za rynkiem staromiejskim w Kłodzku, wyrzuciłam folię, bo mi działała na nerwy. Już na starcie ociekająca deszczem zatrzymywałam samochody, by nauczona doświadczeniem, pytać o drogę, teraz na Mariańską Dolinę i Wojciechowice. Z reguły kierowcy myślą błędnie, że chcę się zabrać, a ja tylko spytać o drogę, bo nie wszystko wynika z mapy. Dogodne przejście „przez ostatnie pasmo Sudetów” (publikacja naukowa), wydaje się, że to to właśnie Wojciechowice, gdzie idzie się łagodnie pod górę, wzdłuż płynącej obok rzeczki Świerkówki, która na zmianę przeplata się teraz z drogą asfaltową, gdzie po drugiej stronie drogi, raz po raz „wyrastają” skały. Co do pogody, nadal deszcz i już nawet leci z drzew, a najbardziej denerwowało mnie to, że nie mogłam robić zdjęć, szkoda aparatu. Po drodze pies, który wył zamiast szczekać na obcych, bo lało a on biedny nie mógł wejść do domu, ale i piękne szyldy z numerami domów. Pomimo deszczu, ogromną frajdę sprawiały mi „szosowe” strumyki wody płynące po asfalcie, raz w jedną, raz w drugą stronę, brodziłam przez nie, bo i tak już miałam wszystko było mokre. Cały czas las, ale nie usiadłam nawet by zjeść, nie było sensu w tych mokrych ciuchach, zjadłam tylko czekoladę, zakupioną z myślą o trudnych, stromych drogach górskich. ale tak strasznie chciało mi się kawy więc wsypałam rozpuszczalkę, bo akurat miałam w mniejszej butelce, a jadłam w nocy, więc nie było problemu. Dalej przez Laskówkę, droga z górki łagodnie prowadzi w dół, cały czas zabudowania albo lasy. Miejscowość Dzbanów, i korzystając z podpowiedzi w Ożarach, przez gospodarstwo skróciłam sobie drogę, żeby dostać się na szosę do Kamieńca Ząbkowickiego. Ktoś proponował podwiezienie, pomimo wyglądu ciuchów jak z wyciągniętych z pralki bez wirowania. Ręce i stopy „sprane od deszczu”, a z rękawów bluzy polarowej, którą miałam na sobie, raz po raz wyciskałam wodę. Wreszcie Kamieniec Ząbkowicki, ale bąbel na palcu od mokrych butów i tylko jedno zdjęcie na zamek. W hotelu, po przejściu 24 kilometrów komfort niesamowity, wręcz luksus bo pozwolono mi tu wysuszyć ciuchy nad piecykiem, do tego niedrogi nocleg.  

Planuję ruszyć jak przestanie padać i wyschną buty. a moje kserówki map, są w strzępach, bo aby sprawdzać co jakiś czas trasę, noszę je w kieszeni. Zjadłam serki i bułkę, a w informacjach pogodowych mówili, że okolice Śląska i region dolnośląski możliwe powodzie, a przez megafon informowali, że zamykają drogę przez most. Poziom rzeki był już pod samym mostem, przepuszczano tylko pieszych oraz szykowano drogi ewakuacyjne. Zalewało ulice i co najgorsze więcej wody nalatywało do piwnic, niż dało się wypompowywać. Wyszłam o 14.00, z obawy, że przez deszcze nie wydostanę się z miasta. W japonkach przeszłam przez zalane ulice, potem zmieniłam buty, cały czas pada. Przed Stolcem, ktoś chciał mnie podwieźć, ale idę, długa wieś, ktoś pytał, czy coś sprzedaję. Większość budynków z XIX wieku, niektóre bardzo zniszczone, ale jakiś domek jest restaurowany. Dalej przez las, drogi podmokłe wdepnęłam w błoto, w połowie odcinka droga leśna „utwardzona” kamieniami i cegłami. Po wyjściu z lasu kierowca zielonego busa z rodziną, spytał czy nie pomóc i udzielił informacji. Za Ciepłowodami nikt się nie chciał zatrzymać, pomimo że jechali w odwrotnym kierunku niż ja szłam, i w efekcie zamiast na Prusy poszłam na Targowicę, odbiłam w bok ładne jakieś parę kilometrów. 

Już trasa na Prusy i zaczęło się ściemniać, zatrzymał się samochód, ale jak zwykle podziękowałam, bo i tak nie wiedziałam gdzie będę nocować. W Kondratowicach jednak nie było gospodarstwa agroturystycznego. Było już ciemno, zatrzymała się młodzież, pogadałam trochę i przez chwilę zapomniałam o bolącej kostce. Miejscowość Białobrzezie, może podobnie jak bursztynowi kupcy, doznałam już upałów (w Czechach), ulewnego deszczu, a teraz wędrówki nocą. Gdzieś czekał wóz strażacki na kogoś, kto dojechał na rowerze. Jak pojechali, chciałam gdzieś przysiąść na przystanku, było około 1.00, ale w końcu przedrzemałam godzinę pod jakimś krzakiem. Już wcześniej chyba ktoś wpadł na taki sam pomysł, bo walały się puszki od piwa. Przed wyruszeniem na wyprawę wyciągnęłam z plecaka cieplejszą kurtkę, wiadomo plecak lżejszy, a teraz byłoby mi cieplej. Pachnie ścierniskiem i cały czas zimno, silny zachodni wiatr. Już nie szłam, tylko człapałam, ale cały czas w tej nocy „towarzyszyła” mi góra, a na niej migający maszt. Światła góry po lewej stronie, wskazywały mi kierunek marszu. W Jordanowie Śląskim doszłam do szosy i wróciłam na przystanek by usiąść i spytać o nocleg i za jakieś parę kilometrów w kierunku Wrocławia ma być zajazd. Nie miałam już siły, po tej nocce w drodze i złamałam moją zasadę wyłącznie wędrówki pieszej. Podjechałam busem do Pustkowa Wilczkowskiego, pierwszy raz nie przerobiłam tego odcinka trasy pieszo. Jest gospoda, jestem „wysuszona”, piję trzecią wodę, miły kelner pozwala mi naładować telefon. Schabowy na śniadanie i czekam na wolny pokój. Ponad 14 godzin marszu, boli noga i odciski między palcami. 

W kolejnym dniu noga jeszcze boli, ale idę do Wrocławia. Myślę o tym, że w hotelach są to dla mnie zbyt duże kwoty, a awaryjnie mam karimatę i śpiwór. Pytam o drogę na Damianowice, dalej Ręków i Solna. Znów upewniam się co do trasy pytając „zbieraczy” fasoli na polu, no i jakiś piesek, który asystował mi przez pół wsi. 


Ruszam dalej i za jakiś czas w a w oddali moja „wierna góra”, która „towarzyszyła” mi w nocy, widoczna raz po lewej a raz za mną. A i jeszcze po drodze ten dziwny, ale delikatny odgłos ścierniska, jakby szelest wysychających czy pękających słomek. 


Świetny „okrągły” płot w Wierzbicach, gdzie robię postój i konsumuję świeżo zakupioną bułkę. Potem chłodzę buty w strumykach wody płynącej poboczem szosy. Dalej Królikowice, obok Nowin i Żerniki Małe, z Tyńca Małego polna, błotnista, droga, ktoś doradza żeby lekko odbić przez pola w bok, w stronę głównej szosy. Nowa Wieś Wrocławka, Cesarzowice, Mokronos Dolny, Muchobór Wielki i po 26 kilometrach, około godziny 19.00 schronisko młodzieżowe we Wrocławiu. 


Piesek nie jest prawdziwy.

Kilka dni przerwy w eskapadzie pomogło mi wykurować nogę, jakąś kontuzję po marszrucie nocą. Powrót na trasę, idę przez miasto, a przerwę na śniadanie robię sobie na przystanku, gdzie rośnie czeremcha. Maszeruję podobnie jak biegnie Ślęza, do ujścia rzeki do Odry, 


gdzie w pobliżu bursztynowi kupcy przeprawiali się na drugi brzeg. 


Przez nowe osiedla domków, kieruję się do współczesnej przeprawy przez rzekę, przez imponujący Most Milenijny.

Za mostem, by upewnić się co do trasy, pytam na przystanku i otrzymuję instrukcje, by iść skrótem, dalej kieruję się na Widawę i Psary. Mijam po drodze hotel, ale idę dalej, może będzie tańszy, następny jest z trzema gwiazdkami, więc telefon i po około 26 kilometrach trasy, wracam autobusem do hotelu mijanego po drodze. Po ulokowaniu w pokoju, lecę na zakupy, wodę, sok, jabłka (mam ochotę na owoce, ale w trasie nie mam jak umyć), jogurt, a po powrocie, zostaję poczęstowana pysznym krupnikiem.

Następnego dnia na śniadanie jajecznica, lecz autobus już pojechał. Ruszam więc pieszo do puntu etapowego na ulicy Sułowskiej i tu wytłumaczę: jeśli podjeżdżam gdzieś do hotelu, to zawsze wracam w to samo miejsce, by kontynuować marszrutę. 

Po „przeprawie”, mostem widawskim, jeszcze odcinek szosą, Psary i wreszcie polna droga (dosłownie i w przenośni). Przy jakiejś posesji  tabliczka „uwaga, zły pies a gospodyni jeszcze gorsza”. W Psarach przy parku wyrzuciłam plastiki do pojemników (już gdzieś pisałam, że jak dziwaczka niosę je w siatce), a małemu pieskowi dałam serek. Na przystanku upewniam się co do trasy i okazuje się, że złomiarze rozebrali most i dalej muszę iść objazdem na Ramiszów i Domaszczyn. 


czwartek, 7 maja 2026

Nové Mĕsto nad Metují – Náchod – Kudowa-Zdrój – Jeleniów – Lewin Kłodzki – Polanica-Zdrój – Kłodzko

Ruszam w kierunku granicy czesko-polskiej, na razie szlak żółty. Idzie się super, bo jest chłodno i nawet mili kierowcy chcą podwieźć. Pan pracujący w gospodzie Přibyslav, oglądając moje mapy z „czecot”, zauważył że nie ma na nich miejscowości Peklo, przez którą to miejscowość trzeba iść na Jizbice do Dobrošov i w kierunku granicy. Dalej chłopcy na motorze, już za Přibyslavem, pokazali dobry szlak. Wchodzę w las, no i zaczęły się góry, dosłownie i w przenośni. Buty już mokre i najpierw górskimi ścieżkami, czasem obok potoku szlak prowadzi w dół, a potem z kolei stromo w górę.  

Łąki i znów las, a ja nie daję rady i niemożliwością staje się robienie notatek, więc muszę na chwilę przysiąść. A jak ci bursztynowi kupcy szli z tymi tobołami, nie wyobrażam sobie. 

Wreszcie prosta droga i wiatr, który koi zmęczenie, ale buty i skarpetki mam mokre, cały czas pada. Zjadłam coś, a od Jizbice wszystkie sklepy pozamykane i nie mogę kupić filmu. Miejscowość Česká Čermná i do Vrbiny 1 kilometr. Około 14.00 granica, nikogo nie ma w budce, nie wiem czy mogę przejść, no ale przechodzę. Za szlabanami, droga wiedzie lekko w dół. Skończył mi się film do aparatu i pytam napotkanych ludzi przy pierwszych zabudowaniach w Polsce o sklep, ale okazuje się tu jeszcze „czeskie obyczaje” i sklep otwarty dopiero po południu. Ochlapana od butów do powyżej kolan, idę do Kudowy, a miły pan z rowerem podpowiada gdzie mogę kupić film.     

Dodatkowe kilometry i dwie godziny później wracam do Vrbiny porobić zdjęcia. W sklepie, bo teraz jest czynny kupuję wafle ryżowe w polewie jogurtowej (pycha), sprzedawczyni patrząc na mnie, myślała że byłam na grzybach czy borówkach.

Po polskiej stronie, zaraz przy granicy kościółek kryty gontem. 

Idąc od granicy kieruję się na Lewin Kłodzki, i tam gdzie powinna być droga weszłam na jakieś gospodarstwo z elektrycznym „pastuchem”, ale właściciele pokierowali na szlak. Fajnie bo normalna polna droga, cały czas leciutko biegła w dół. Nie byłam pewna czy w pewnym momencie dobrze skręciłam, ale za chwilę leżały butelki, opakowania po papierosach, papierki po czipsach i słodyczach, to już było wiadomo, że idę właściwym szlakiem (podobne śmieci w Czechach). Pola, łąki, las i widok na miasta. Na leśnej drodze leżało zwalone drzewo, ale już ktoś wcześniej jakimś ciężkim sprzętem, może traktorem utorował „objazd”, więc poszłam po śladach. Gdy zaczęły się zabudowania i pytam o nocleg, zdałam sobie sprawę jak wyglądam, spodnie ochlapane ponad kolana od deszczu jak i tego, że idąc szosą dodatkowo ochlapały mnie samochody. Jest jakiś dom, ale pokoje zajęte a dowiadując się o noclegi  „nabłociłam”. Po wielu zapytaniach o nocleg, ktoś pozwolił mi rozłożyć namiot, gdzieś na górce, ale chłopcy gdzie miało być gospodarstwo agroturystyczne skierowali mnie z powrotem na szosę, gdzie ktoś wynajmował. Wreszcie w Jeleniowie, około 19.00, po ponad 24 kilometrach jest możliwość noclegu za grosze. Miła właścicielka dała pościel, ale wzięłam tylko poszewkę na poduszkę i rozwinęłam śpiwór. Przeprałam trochę spodnie i skarpetki, bo i tak wszystko było wilgotne, łącznie z plecakiem i karimatą na dole, jeszcze poukładałam ciuchy i wytrzepałam buty.

Rano jeszcze mokre rzeczy spakowałam do siatki i dałam do plecaka, na śpiwór. Na skarpetki założyłam woreczki, bo buty były normalnie mokre. Po wyruszeniu kupiłam wodę, bułki i serek (teraz już nie muszę kupować na zapas, bo tu sklepy są otwarte).


Kolejowa piękność w Lewinie Kłodzkim. 

Z Lewina Kłodzkiego, moja eskapada biegnie szlakiem turystycznym przez Witów i przełęcz Polskie Wrota, podobnie jak zmierzali kupcy wędrujący po złoto Północy.

Podczas marszruty, moimi cichymi towarzyszami były zwierzęta. Krówka ta wodziła za mną pyskiem, gdy przechodziłam obok. 

Za Przełęczą Polskie Wrota, Słoszów i okolica bogata w stawy rybne oraz gospodarstwa agroturystyczne. W Dusznikach Zdroju wypłaciłam wreszcie kasę, kupiłam zeszyt do notatek, jogurty, i wafelka, pączka, serek, jogurt, bo jeszcze w Czechach (jak sobie mówię „państwo bez faxów”), chciałam kupić oś słodkiego. Dalej pada, choć z przerwami, oczywiście spodnie do kostek są ochlapane. Jest 12.00, nie ma przy trasie żadnego daszka czy budki, by schronić się przed deszczem, więc jem i idę. Do Szczytnej, obok szosy przy strumieniu wiedzie wspaniały trakt dla pieszych. Po jakiejś godzinie marszu, usiadłam na przystanku, wreszcie pod daszkiem i notuję, przeczekam aż trochę przestanie padać. Przydałby się jakiś notatnik elektroniczny, by po drodze zapisywać pewne rzeczy, bo potem umykają, a nie sposób całą drogę iść z zeszytem i długopisem w ręce, zwłaszcza jak leje. W Szczytnej, nie było noclegu, bo przyjechała duża grupa, wiec idę dalej. Ze Szczytnej do Polanicy Zdroju szosa przeplatającą się z torami kolejowymi i strumykiem, i cały czas towarzyszy szum Bystrzycy Dusznickiej. Widoki tak jak kiedyś, za czasów kupców, ale chciałam by było bez śmieci, więc nie robię zdjęć. Przed Polanicą gapiłam się w mapę i prawie zahaczył mnie o prawe ramię zielony bus, więc stwierdziłam, że nie ma sensu ganiać w tym dniu do Kłodzka i lepiej zatrzymać się na nocleg, zwłaszcza, że zbliżałam się do jakiegoś sanatorium. I jeszcze do tego woreczki na suchych skarpetkach już „chlasły” i chlupało mi w butach, a spodnie wiadomo, mokre po kostki. Ponad 18 kilometrów trasy, ale zafundowałam sobie kolację i trochę się oprałam. Aha, przy godzinach często piszę około, bo nieraz chwilę pytam, zasięgając informacji lub rozmawiam o eskapadzie.

Kolejnego dnia rano, zakładam mokre rzeczy, buty też wilgotne, a skarpetki suszyłam na nogach. Więc tak, wychodzę w trasę później i zaczęło się fajnie, bo wyszło słońce. W rękę wzięłam mokrą koszulkę, żeby podeschła. Widzę drogowskaz Kłodzko, więc nie pytając nikogo, idę pewna, że w dobrą stronę, po pewnym czasie mostek na rzeczce (ktoś sprawdzał wysokość wody na moście), patrzę na mapę: nie ma. Za jakiś czas Szalejów Górny, ale nie ma tej miejscowości na wytyczonej przeze mnie trasie i po chwili skapnęłam się że poszłam w bok, zamiast sprawdzać mapę i pytać ludzi. Do tego jeszcze ściągnęłam mokre ciuchy i potem niosłam je w ręce, a na siebie założyłam polar. Byłam zła bo chciałam wejść do Kłodzka od Zagórza, żeby przejść przez miasto, poszukać hotelu i wywołać zdjęcia. Więc tak jakbym szła objazdem i cofnęłam się na Szalejów Dolny. Co ciekawego to, czyste miasto bo są pojemniki na śmieci oraz kosze (piszę o tym, bo wielokrotnie „targam” w siatce śmieci ileś tam kilometrów), a i kobiety jak „szalone” jeżdżą małymi samochodami. Wreszcie Kłodzko, znowu deszcz, próbuję schronić się pod drzewami, szosa sprawia wrażenie jeziora, przejść można środkiem jak po mieliznach. Droga w mieście jak góry i doliny na przemian. Jeden hotel przy stadionie przegapiłam, inny za drogi a do schroniska nie mogłam się dodzwonić. W którejś recepcji po telefonie na campingu miałam zaklepany pokój. Daleko, ale jest nocleg, wzięłam ręcznik żeby wykręcić ciuchy, w nocy ubiorę się w nie, to trochę wyschną. W pokoju, typowe meble PRL i boazeria. Spałam w rzeczach, z siatką pod poduszką, bo można było wyjść oknem prawie tak jak drzwiami. co do trasy, to ponad 19 kilometrów, a wytyczoną wiadomo byłoby mniej. Przez te deszcze teraz marszruta jest zgodnie z planem, a byłam jeden dzień do przodu. 

Ciekawostka techniczna w Kłodzku.