sobota, 1 sierpnia 2026
środa, 29 lipca 2026
Mareza – Korzeniewo – Opalenie – Gniew – Wielkie Walichnowy – Międzyłęż – Tczew – Pruszcz Gdański – Gdańsk
Kolejnego dnia jadę autobusem do Kwidzyna i wracam na trasę szlaku idąc do Marezy.
W Korzeniewie przeprawiam się promem przez Wisłę. Odnosi się wrażenie, jak gdyby prom płynął w lewo. Na drugim brzegu rzeki jest droga asfaltowa, no i uprawy tytoniu. Miejscowość Opalenie, Jaźwiska i Nicponia, piękne płoty i chaty.
Przed Gniewem, żeby nie iść jedynką, idę ścieżką rowerową. Za Polskim Gronowem, wały przeciwpowodziowe, dalej wzniesienia a między jedynką a Wisłą rozpościera się Dolina Walichnowska. Po wielu zapytaniach o nocleg, po około 33 kilometrach trasy, z przystanku Międzyłęż jadę do Rudna, potem w Czarlinie miał być nocleg, lecz nie ma, więc dalej w miłym towarzystwie dojazd do Tczewa. Jednak nie ma nic wolnego, bo są imprezy kulturalne, w akademiku nawet młodzież śpi na podłodze. Umyłam tam tylko ręce, a ochroniarz doradził jakiś prywatny wynajem gdzieś w domku koło szosy. W innym hotelu drogo, więc idę w kierunku domków gdzie miały być pokoje do wynajęcia. Pytam właścicielkę piesków i tak była zaaferowana tym co mówiłam, że wzięła mnie do domu, a jej córka mnie wylegitymowała i poczęstowała kolacją.
Rano, jak zwykle muszę wrócić do punktu etapowego, skąd jechałam na nocleg. Autobus się spóźnił i w Rudnie nie zdążyłam się przesiąść, więc maszeruję kilka kilometrów do krzyżówki na Międzyłęż. Dalej już na trasie pomógł ktoś z rowerem a potem na traktorze. Idę skrótem przez gospodarstwo i polną drogą do Małego Garca. Jest sklepik, więc coś przekąsiłam i podładowałam komórkę. Snopowiązałka wyrzucała prostokąty, miejscowość Rybaki, Mała Słońca i szkoła z pięknymi oknami.
Za wsią orka, po lewej jedynka a po prawej widoczny most na Tczew. Po około 26 kilometrach, super nocleg w akademiku Szkoły Ekonomicznej w Tczewie, tam gdzie poprzedniej nocy spała młodzież.
Jak wyszłam rano z akademików, rozmawiało dwóch mieszkańców tak: - „idziesz do twojej mamuśki”, - „jo”. Wychodzę z Tczewa koło portu, potem miejscowość Czatkowy, mały ruch na szosie, ale jest gorąco i bola nogi, do tego odcisk i źle poszłam, niepotrzebnie odbiłam w bok i obeszłam kawał drogi.
Następnego dnia, coś fajnego, bo za sprawą miłej dziennikarki otrzymałam prezentację multimedialną faktorii rzymskiej. Trzymając się podpowiedzi co do trasy, idę do Gdańska wałem przy Kanale Raduni, zbudowanym przez Krzyżaków, który pomimo, że droga jest niżej, nie przecieka.
niedziela, 26 lipca 2026
Kwidzyn – Malbork – Dzierzgoń – Jelonki – Elbląg – Frombork – Braniewo – miejscowości w Obwodzie Kaliningradzkim – Elbląg
No i najlepsze rano, możliwe, że ze zmęczenia nie zauważyłam, że w pokoju mam łazienkę z natryskiem!!!
niedziela, 19 lipca 2026
Inowrocław – Kawęczyn – Otłoczyn – Toruń – Chełmża – Grudziądz – Kwidzyn
Jeszcze co do noclegu, nie zawsze jest tak fajnie, jak tutaj przy trasie i nie muszę „boksować” się z dojazdem. Rano kupuję żółty ser i wyruszam z Inowrocławia, do Torunia jest jakieś 34 kilometry, bolą plecy a trasa wiedzie pod górkę. coś źle dopytałam, bo odcinek szłam jakimś „objazdem”. kilka kilometrów pod górę, bolą plecy. Jest ścieżka rowerowa, ale jak się okazuje tylko do stacji paliw, dalej szosa z utwardzonym poboczem.
Szadłowice, Ostrowo i wreszcie droga polna na Lipie. Jakieś małe zielone owady, a dają odgłos jak krople deszczu na liściach. Potem jeszcze komary „tną” na drodze przez pola. Szlakówka, ktoś na rowerze pomógł z trasą, dalej Murzynno i asfaltem na Kawęczyn, znów propozycja podwiezienia na rowerze. W Kawęczynie po około 25 kilometrach trasy, młodzież przed barem, zaoferowała pomoc w szukaniu noclegu po gospodarzach, ale tak jeden „nie miał warunków”, inny stodoły. A że „ciocia pojechała do Gdańska”, to stwierdzili, że „tu pani może spać, u cioci”, weszli na posesję i otwarli mi stodołę. Piszę notatki, a krowa obok je trawę, ścina lepiej od kosiarki i wącha mój plecak. Rozłożyłam w stodole karimatę i śpiwór, ale moi pomocnicy nadal „koczowali na szosie”, bo jak później powiedzieli ktoś rzucał jabłkami w dach stodoły i się denerwowali. Wyszłam więc, bo należało powiedzieć sąsiadom, że w stodole będzie ktoś spał. W tym czasie mieszkanka z naprzeciwka zadzwoniła do właścicieli, z obawy że podpalę stodołę. W efekcie zaproponowano mi nocleg w normalnym domu.
Kolejnego dnia ruszam skrótem na Opoki. Byłoby super, gdyby ławki na przystankach nie były niszczone, po prostu są pomocne dla wędrowców. Mostek na rzeczce Tążynie, i obok stary kolejowy. Przybranowo, jakiś mały piesek mnie „uszczypnął”, a za chwilę Służewo. Dalej asfalt, pusta droga i wiatr. Za lasem znów idę skrótem, jest Aleksandrów Kujawski i stacja. Idę przez las na wieś Otłoczyn. Po drodze rozmawiam z grzybiarzem i dostaję podpowiedzi co do trasy. Mostek, znów Tążyna, a przed samym Otłoczynem las, kiedyś pierwotna puszcza, chwila przerwy, muszę trochę odsapnąć. Docieram do Otłoczyna i funduję sobie lody. Jest super, bo obok autostrady wiedzie leśna droga na Toruń, ale most przez Wisłę jest wyłącznie dla pojazdów, więc kieruję się do centrum miasta. Za autostradą droga polna, ale i „królewskie” rezydencje. Ulica Wrocławska, potem Łódzka, wjazd podobny jak do Kalisza, bo przy szosie jest pas asfaltu.
Przeprawa przez Wisłę, przechodząc przez most od strony dworca, zza drzew wyłania się imponujący widok panoramy Torunia. Wrażenie niesamowite i warto było przespacerować te 35 kilometrów. No nic, ale wracam do eskapadowej codzienności, wypłacam kaskę i kieruję się do akademików. Nocleg tani, i to, że się oprałam i wysuszyłam, jest aż nierealne, bo pralka i suszarka.
Na wyjściu z Torunia kupuję duży tłusty precel i kierunek północ. Na początku droga rowerowa, dalej szosa z paskiem asfaltu, no i szosa i szosa. Przed Łysomicami korek od strony Gdańska. W pobliżu drogi tytoniowe pola, potem jakieś budowy i błoto na szosie. Rolnik zbierający fasolę poradził iść nadal „jedynką”, a możliwość noclegu ma być ponoć w Kończewicach albo Głuchowie, bo tam są szkoły, a od Grzywna ma być mniej uczęszczana droga. Jeszcze parę kilometrów idę szosą, potem odbijam na Zęgwirt, zwykła droga a potem szlakówka. Cały czas jest zachmurzenie i chłodno ale już nie pada. W Grzywna czysto, worki na śmieci na przystankach, ale nie ma ławeczek, idę tu popytać o noclegi i jest podpowiedź, że lepiej w Chełmży, niż dalej na wioskach. Około 22 kilometry i podjeżdżam do Chełmży, nocleg w domu turystycznym OSiR z miłą obniżoną cenką.
W kolejnym dniu z Chełmży wracam pieszo, bo autobus jedzie później. Jakiś odcinek, po drugiej stronie szosy towarzyszy mi pies, dałam mu sera i stanął, pewnie zastanawiał się czy iść za serem, czy odpuścić, zwłaszcza, że zaczęło padać. Próbuję trochę iść wioskami, ale wracam na szosę bo droga, którą zaczęłam iść, wiodła do jakiejś posesji. Zasięgam informacji i ktoś mówi, że w bok, na zachód od głównej szosy wiódł stary szlak pocztowy. Szlakówka w kierunku Kończewic, a co do pogody, jest zimno, wietrznie i pada.
środa, 1 lipca 2026
Stare Miasto – miejscowości podane w tekście – Kazimierz Biskupi – Kleczew – Skulsk – Kruszwica – Inowrocław
Posłużę się cytatem z publikacji naukowej: „przed Koninem szlak skręcał na zachód w okolicę Rumina, gdzie w najwęższym miejscu koryta Warty była przeprawa i zapewne ważniejsze miejsce postoju”. Ruszam więc skrótem na Sławsk, od babeczki na rowerze dostaję instrukcję: „za sadem w lewo”, bo w Ruminie można się tylko przeprawić, a ze Sławska jest możliwość dalej na Kawnice. Trzymam się instrukcji, droga wiedzie przez pola i pieski biegnące wolno przed traktorem.
W Sławku pytam czy mogę zrobić zdjęcie samochodu, który stoi na promie.
Po przeprawie promu polna droga, dalej Węglewskie Holendry, i kilka kilometrów pod górę do Kawnic. Ktoś proponuje nocleg, ale jeszcze jest za wcześnie, zbyt mały odcinek marszruty. Są Kawnice i owoc na trasie śliwki, czeremcha, mirabelki. Z Głodowa pod górę, jabłka przy rowie, miejscowość Brzeźniak, za chwilę Kozarzew, a po ponad 26 kilometrach w Kazimierzu Biskupim nie ma schroniska młodzieżowego, ale w sklepie podpowiedź, żeby spróbować w szkole. Pomimo, że w szkole trwał remont, dostałam herbatę i mogłam wziąć prysznic, a spałam w klasie i rano poczęstowano mnie jeszcze bułeczkami.
W kolejnym dniu przed wyruszeniem w kierunku Nieświastowa, idę do sklepu zakupić ser i podziękować za namiary na nocleg. Idę koło kopalni odkrywkowej, a w Kleczewie przy zapytaniach, tylko odpowiadano „nie wiem”. Ale na wyjściu z miasta, jest możliwość trasy po nieczynnych torach do Sławoszewka, jak i inna opcja, że nie ma przejścia ze względu na kopalnię i ponoć jest budowana droga. Więc po zasięgnięciu języka stwierdziłam, że nie ma co ruszać skrótem po tych torach, bo znowu będę ileś kilometrów niepotrzebnie się wracać. No i znowu maszeruję szosą, koszmar, jadą duże samochody, boli ramię, zmieniam pozycje plecaka, jest gorąco. Sławoszewek, Ostrowąż, przy młynie na Ościsłowo. Za Ościsłowem zaczęło grzmieć i padać, jest las, więc odpoczęłam chwilę. Stoję na polu pod akacją, ale już leje tak, że nawet z drzew. Dalej idę szosą, samochody trąbią, buty mokre, próbuję przechodzić pod drzewami, omijać kałuże, ale to bez sensu. Przez Skulską Wieś, po około 40 kilometrach docieram do Skulska, choć miałam kierować się na Paniewo. Ale przynajmniej jest jakieś połączenie na Ślesin. Przed odjazdem autobusu, chciałam kupić banany, ale nie wiedziałam czy mi starczy na bilet do Ślesina. Ale podjechałam tym autobusem, i nawet tani nocleg, nie w hotelu OSiR, tylko prywatnie, nie kąpie się, bo i tak wszystko mokre.
Gwoli przypomnienia, pisałam już gdzieś, że jeśli podjeżdżam na nocleg, to następnego dnia wracam do punktu etapowego. Więc rano ze Ślesina, z powrotem do Skulska i wracam na trasę, kierunek Pilich. Tu zdjęłam woreczki ze skarpetek, bo rano buty były jeszcze mokre. Za Pilichem już kujawsko-pomorskie, i droga mniej jezdna. Po paru kilometrach w Lachmirowicach, fajny kolorowy przystanek. Co jakiś czas idą stare tory na Racice i później z Kruszwicy na Inowrocław. Gdzieś po drodze, rowerzysta chciał bursztyn z mojego naszyjnika i opowiadał o poszukiwaniach z wykrywaczem metalu jak budowano kanalizację, ale nic nie znaleziono. Z Kruszwicy szosą, idzie się koszmarnie, przejście przez Kanał Notecki i Inowrocław. Około 35 kilometrów, jeszcze trochę bieganiny za noclegiem, ale jest turystyczny i tani, co ciekawe budynki w otoczeniu rur. Nocleg idealnie na trasie, choć pół nocy drzemię, bo bolą nogi, a o komarach szkoda gadać.
wtorek, 9 czerwca 2026
Przygodzice – Wysocko – Biskupice Ołoboczne – Nowe Skalmierzyce – Kalisz – miejscowości podane w tekście – Stare Miasto
Za Przygodzicami Wysocko Małe i Wysocko Wielkie z ciekawą nazwą ulicy „700 lecia wsi”. Oczywiście pomyliłam drogę i zamiast od razu na Wtórek, poszłam na Sadowie. Dalej ktoś podpowiedział skrót, polna droga i przy transformatorze, a już na Wtórek pokrzywy, ale można było usiąść i odsapnąć na sianie.
We Wtórku dostałam fajną instrukcję: „ścieżkami i miedzą prosto na las”, ale dokładnie miało być tak: „prosto, las, most, las, i gdzieś jeszcze i miałam dojść do „trąby”, nie wiedząc, że to nazwa wsi.
Wchodzę na jakieś gospodarstwo, piesek wystraszył się mojego plecaka. Kolejne instrukcje, mam iść w stronę elewatorów i pod lasem w lewo. Za drogą pod lasem wydaje mi się, że to już Kalisz a to dopiero były Skalmierzyce. Do tego, coś źle spytałam i zamiast skrótem doszłam na przystanek autobusowy, ale młode rowerzystki podpowiedziały, że na Kalisz prosto. Ogólnie może nadmienię, że ze względu na nie dość dokładne mapy dużo czasu zabiera pytanie o drogę jak i szukanie noclegu. Wreszcie po ponad 29 kilometrach Kalisz. Podjeżdżam do schroniska młodzieżowego, gdzie niesamowita pracownica opowiada o Kaliszu, o tym, że na Lednogórze na mapie Piastów nie ma Kalisza, że – nazwa pochodzi od błota.
Znów ruszam na szlak, a idąc przez miasto nie jestem pewna co do nazwy rzeki. Pytam więc napotkaną dziewczynę, czy to też Prosna, w odpowiedzi przytakuje i mówi, że rozwidla się i „jesteśmy jakby na wyspie”.
Super przejście przez miasto i nietuzinkowa wizytówka kaliskiego grodu na jednym z budynków u zbiegu ulic Stawiszyńskiej i Warszawskiej.
Na wyjściu z miasta, idzie się trudniej bo dalej modernizują drogę. Szosa Turecka, dalej po prawej Dębe i znów roboty drogowe. jest duszno, po 10 kilometrach, zaraz przy drodze w miejscowości Kamień jest motel, i nocuję, bo pytając, okazuje się że dalej nic nie ma, ale mam podpowiedzi jak na następny dzień iść przez wioski.
Wcześnie rano wyruszam na Zborów, mały odcinek na mapie a idzie się godzinę, zastanawia mnie jak ci kupcy szli bez mapy. Po drodze w małych miejscowościach dzieci mówią każdemu „dzień dobry”. Janków, dalej asfaltowa droga na Aleksandrów, mrucząca krowa, i pałaszuję śliwki z drzewa. Fajny akcent plastyczny w formie grupy wyrzeźbionych grzybów przy drzewie. Ponad trzy godziny marszu, gdzieniegdzie widać że nowy asfalt i od Kalisza dużo dróg remontowanych, nowe dywaniki, choć samochody jadą rzadko. Ktoś proponuje nocleg, mniemając, że śpię po gospodarzach.
Od Mycielina miłe zaskoczenie, oznaczony szlak bursztynowy jak rowerowy, biegnący między innymi przez Gadowskie Holendry, gdzie w kierunku północnym znajdował się punkt etapowy „w górnym biegu rzeki Powy” (cytat z publikacji naukowej). Przy skręcie i drogowskazie na Gadówek, rozmawiam chwilę z mieszkankami o tym bursztynowym trakcie. Chciałam maszerować dalej, ale muszę podjechać do Poznania (sprawy dziąsłowe), a akurat stał autobus by odjechać zgodnie z rozkładem, chciałam jechać przez Konin ale kierowca (pomaga podjąć decyzję) podpowiedział, że lepiej do Kalisza. Mówił, że w Gadówku ludzie idą na przesiadkę do szosy, by dalej jechać na Rychwał. W wakacje z Kalisza do Gadówka jadą tylko dwa autobusy dziennie, więc nie ma się co zastanawiać, jadę. Gadaliśmy też o leśnych „zbieraczach”, którzy z dziećmi stoją przy drodze, by zarobić na zeszyty i książki. Prawie 10 godzin marszu i ponad 29 kilometrów.
W kolejnym dniu powrót do Kalisza pociągiem. Przy okazji chcę „pogadać” o szlaku i udaję się do muzeum, oczywiście z plecakiem. Jednak okazuje się, że wszyscy są na Zawodziu, by przygotować imprezę. Jadę do rezerwatu, by porozmawiać z archeologami i dowiaduję się ciekawych rzeczy, między innymi jak kupcy podróżowali przez nasze nieprzebyte lasy. Dalej Powrót autobusem do Gadówka i znów na szlaku w kierunku Gadowskich Holendrów, jakaś krowa podbiegła w podskokach i zaczepiała, a byk spojrzał spode łba. Lasy, pola, rolnik obsiewający ręcznie pole podpowiada krótszą drogę z szosy na Lisiec Wielki. Idę jakimś skrótem przez las, dalej szosa, przejście nad autostradą i po 19 kilometrach Stare Miasto. Kilka telefonów z zapytaniem o nocleg, i jest w Koninie, muszę jednak czekać na autobus ponad godzinę, jestem zmarznięta, a do tego zaczyna padać. Ale nocleg jest tani i kapitalny pokój uczących się pielęgniarek, choć „odzywa” się dziąsło.
niedziela, 31 maja 2026
Psary – miejscowości podane w tekście – Dobroszyce – Cieszyn – Przygodzice
Wiem, że nie powinno zaczynać się zdania od więc, więc trochę o marszrucie. Czasem mam ochotę zrezygnować i ze względu na trudności w znajdywaniu noclegów i na wyczerpujące się już finanse, jak i niedokładne mapy. Kierunek Ramiszów, słychać szmer wody, trasa wzdłuż strumyka. Jest gorąco, pot leci mi do oczu i wypijam hektolitry wody. Przed Domaszczynem piękne małe gruszki. Dobrze się idzie przez wsie, bo spokój na drodze, lasy i można zjeść owoce z drzew, śliwki, gruszki i jabłka. Gadam do psów, krów, drzew. Ale nie mogę zrozumieć tych śmieci z samochodów walających się po polach i rowach, przecież kierowcy tego nie niosą. Szczodre, ładny stary dom i rzeka Dobra.
W miejscowościach są czytelne i pomocne plany ulic.
Dalej Januszkowice, we wsiach czysto, są pojemniki, dużo starych domów bez dachów, chyba do rozbiórki. Jem pod dziką jabłonką i myślę, że gdyby ktoś się przyłączył do mnie na szlaku i pisał pracę, to w zasadzie miałby „gotowca”. Pytam o drogę, ale pokierowano mnie w stronę szosy i trochę w bok od trasy szlaku, zamiast na Dobrzeń, to na Stępin. Oczywiście gapa polazłam, ale po chwili się „kapnęłam”. Po kolejnych zapytaniach ktoś powiedział, że niepotrzebnie robię koło, potem pokierowali rolnicy na maszynach. Idę polnymi drogami i przez pola, kurzy się a drobny piasek na twarzy działa jak naturalny peeling,, oczy szczypią od potu. Znowu maszeruje szosa i buty lepią się do asfaltu. Jakiś ziemniak na poboczu i biorę ze sobą z myślą że sobie zjem jak znowu będzie nocka w polu. Po 30 kilometrach docieram do Dobroszyc, pytam o nocleg i ponoć są noclegi gdzieś nad fryzjerem, ale ktoś się pyta czy mam klucz, odpowiadam, że nie i na to odpowiedź, że nic nie wiedzą. Pytam jeszcze w sklepiku i kiosku, gdzie wskazują Oleśnicę. Podjeżdżam więc kilka kilometrów autobusem i jest hotel.
Od samego rana w Oleśnicy, hałas na ulicy jak w wielkim mieście. W kiosku kupiłam film do aparatu i wypłaciłam pieniądze (kioskarz pokierował). Oczywiście już na starcie zamieszanie z odjazdem autobusu i peronami, ale wreszcie jadę z powrotem do punktu etapowego. Wysiadka i ruszam szlakiem. Za Kolonia Strzelce piękne lasy, napotkany grzybiarz pyta: „czy pani idzie dookoła Polski?”. Co do pogody, to nie ma piekącego słońca, ale jest duszno.
Przed przejazdem w Grabownie Wielkim grzybiarze z koszami pięknych prawdziwków, a przy torach, zabytkowe urządzenia do nalewania wody do lokomotywy a na szosie wielkie czerwone maszyny rolnicze. Trochę lepiej się idzie bo jest fantastyczny wiatr. Przejście przez Twardogórę ulicą Wrocławską i dalej Wielkopolską jest dość szybkie, bowiem centrum miasta jest nieznacznie z boku. Idzie się trochę pod górę, przechodząc obok pięknie wyremontowanych parterówek. Przed Goszczem po lewej w oddali widoczne jeszcze wzgórza, a za chwilę ogromne zabudowania fabryczne. Około kilometra dalej, przed Domasławicami sznury samochodów.
Na zdjęciu ciekawostka, dwie miejscowości zaczynają się jednocześnie. A do Cieszyna trasa z górki, spokój na szosie i jak to nazywam „tunele leśne”. Dopytując o drogę i nocleg, załapałam się na podwózkę z piekarnią do Sośnie, gdzie jest stanica harcerska. Prawie 27 kilometrów w tym dniu, i nie wiem jak dostanę się rano do Cieszyna na trasę, choć ponoć nie ma być problemu, żeby zabrać się jakimś stopem z powrotem. Jak już w relacjach pierwszego dnia, podjeżdżam do hotelu na nocleg i muszę wrócić do punktu etapowego, by pieszo kontynuować wyprawę.
Ranne wyjście z Sośnie, ale nikt nie chce się zatrzymać, idę więc nadprogramowe 7 kilometrów do Cieszyna. Jestem dobita, siadam w lesie, jem i dzwonię. Po czym ruszam, i robię jakieś niepotrzebne, dodatkowe kilometry w bok od szosy. Za Chojnikiem w lesie wiatr, wszędzie grzybiarze i proponują autobus, mówią, żeby nie iść przez las, więc idę szosą, asfalt się lepi, czapkę mi zwiewa. Za Czarnym Lasem, lasy i lasy. Miejscowość Dębnica i stawy, a napotkana osoba opowiada, że teraz są pozarastane brzegi, kiedyś można było spacerować wokół nich, a teraz prywatne i gonią. Nadal lasy, nie ma gdzie przysiąść bo ławki na przystankach w większości rozebrane. Fajne jest, że często dzieci i młodzież po wsiach i małych miejscowościach mówią „dzień dobry”. Miejscowość Przygodzice, po ponad 34 kilometrach, a w okolicy przystanku za centrum pytam o ewentualne noclegi i połączenia do Ostrowa Wielkopolskiego, bo miały być jakieś tanie hotele. Ale na miejscu okazuje się, że nie na moją kieszeń a i jeszcze do tego mam wątpliwości czy kontynuować przedsięwzięcie.
Jednak po przemyśleniu, jak i po opraniu się wracam do Przygodzic i ruszam na trasę.


























