czwartek, 7 maja 2026

Nové Mĕsto nad Metují - Náchod

 


Turystyczne drogowskazy, jeszcze w Czechach,

Nie pobłądziłam po lesie, bo pomogły czeskie dzieci i kierunek marszu "potwierdził", ten niesamowicie kapitalny drogowskaz


Docierając do czesko – polskiej granicy turystycznej Vrbiny, nie tylko buty ale i skarpetki mam mokre. Prawdopodobnie dlatego, że padało w budce nie było nikogo, krzyczałam nawet „halo”, przed przejściem bramek.


Po polskiej stronie, zaraz przy granicy kościółek kryty gontem. A ja pytając o nocleg, zdałam sobie sprawę jak wyglądam, spodnie obłocone po kolana. Najpierw przyglądano mi się bez słowa, a potem odpowiadano, że nie ma miejsc. Wreszcie dobra kobiecina, udzieliła mi noclegu za grosze.


Rano mokre rzeczy wpakowałam do siatki i ruszyłam w kierunku Lewina Kłodzkiego. Chyba nie trzeba komentować tej kolejowej piękności.

Z Lewina Kłodzkiego, niebieskim szlakiem przez Witów, eskapada wiedzie w pobliżu przejścia Polskie Wrota koło Kudowy, podobnie jak zmierzali wędrujący po złoto Północy.

Podczas marszruty, moimi cichymi towarzyszami były zwierzęta. Krówka ta wodziła za mną pyskiem, gdy przechodziłam obok. Za Przełęczą Polskie Wrota, Słoszów i okolica bogata w stawy rybne oraz gospodarstwa agroturystyczne. Na dachu jednego z nich znajduje się reklama, idealnie widoczna z biegnącej powyżej szosy.


Ze Szczytnej, droga wiedzie wzdłuż strumienia Bystrzycy Dusznickiej. Szum tego strumienia, towarzyszy mi całą drogę do Polanicy Zdroju.


Zastanawiałam się czy dać tą fotkę, ale tak właśnie, podobnie jak warkocz przeplatają się ze sobą strumyk, szosa i droga kolejowa. Przed Polanicą Zdrój, gapiłam się w mapę i zahaczył mnie o prawe ramię zielony bus. Więc stwierdziłam, że nie ma sensu "drałować" w tym dniu do Kłodzka i i lepiej będzie zatrzymać się na nocleg. I jeszcze do tego woreczki na suchych skarpetkach już "chlasły" wcześniej i "chlupało" mi w butach, a spodnie po kostki mokre i brudne.


Szalejów Górny, a obok jest Szalejów Dolny, gdzie młode kobiety jak „szalone” jeżdżą samochodami. Bardzo czyste miejscowości, wszędzie stoją pojemniki na śmieci. Piszę o tym bowiem wielokrotnie "targałam" śmieci kilka kilometrów, by ich nie wyrzucać byle gdzie.


"Pokrążyłam" trochę, przez Szalejów Górny i Szalejów Dolny, ale wreszcie kierunek Kłodzko.


Szukając już w Kłodzku noclegu, przechodziłam obok takiej ciekawostki technicznej.

(teksty z "gl.")


środa, 4 lutego 2026

Hradec Králové – Skalice – Vlkov – Jaromĕř – Rychnovek – Volovka – Mĕstec – Nahřany – Nové Město nad Metují

W hotelu mogę być do 12.00, więc rano się trochę oprałam, i choć w nocy padało, wszystko jakoś przeschło. Od rana trochę bieganiny po mieście, bo na małych pocztach oraz tych w mniejszych miejscowościach, nie ma faksów i relacje z wyprawy wysłałam dopiero z poczty głównej w Hradec Králové. I być może dlatego, że wyruszyłam na trasę później, plecak wydaje się dwa razy cięższy. Ale za to po drodze bez problemów kupiłam wodę, krem i pastę, no i jadłam też mirabelki


nazwa w północnej części Hradec Králové, jako ciekawostka lingwistyczna 


i również w dzielnicy Rusek, przy trasie klub - gospoda  

Dzielnice Věkoše, Pouchov, Rusek, a dalej miejscowości: Skalice, Vlkov, Josefov, Jaromĕř i znowu problem z noclegiem. Jedna z osób, które pytałam o hotel, starszy pan na rowerze, jak mówiliśmy o cenach, stwierdził że lepiej spać w parku w Josefovie, niż płacić tyle za nocleg, bo ten w pobliżu był drogi. Idąc, z karimatą i śpiworem, sama już wcześniej myślałam o ewentualnym nocowaniu w lesie, bo miałam serek i bułkę (też na śniadanie), no i wodę. Potem o nocowaniu gdzieś w pobliżu parku na polanie, nawet rozglądałam się w tym celu za jakimiś krzakami, ale stchórzyłam. No może gdyby to był las, to odważyłabym się, ale po parku w nocy mogą chodzić ludzie. 

między dzielnicą Josefov a Jaromĕř, płyną w odległości mniejszej niż kilometr dwie rzeki Metuje i Labe

Następny hotel wskazała kobieta spacerująca z dzieckiem, a dalej pomogli mili chłopcy, i choć jeden z nich był na rowerze, podeszli ze mną prawie pod sam rynek, gdzie miał być Hotel Pod Jeleniem za 250 koron, ale wolnych pokojów brak, chyba niepotrzebnie zrobiłam zdjęcie. Było około 20.00, i blisko nad pizzerią, jest hotel ale za 500 koron. jako jedyna możliwość noclegu, po przejściu około 21 kilometrów. I znowu zamiast nocować gdzieś dalej na trasie, musiałam iść do centrum Jaromĕř i krążyć po mieście szukając hotelu. Fajnie by było gdyby ktoś dokładnie policzył te kilometry, np. GPSem. Napisałam sobie ile jest do granicy i jeśli nie będę szukać hotelu, to będzie około 34 kilometry. 

Kolejnego dnia wyruszam około 7.00, pogoda idealna bo nie jest gorąco i nie pada. Na wyjściu z Jaromĕř, stuletni dom z wizerunkiem patrona miasta, 


a na drogowskazie, kilometry do Wrocławia, proszę zwrócić uwagę ile jest jeszcze do maszerowania,  

Rychnovek, tu zabudowania przy samej szosie i psy szczekają, skacząc ponad płot. Za Volovka, kilka razy podlatuje do mnie końska mucha, jak gdyby mnie „kokietowała”. Idzie się dobrze bo chłodno i słońce za chmurami, chociaż gdy zaczynam pisać to się przeciera. Mrówki "łażą" mi po plecaku, jakby chciały iść ze mną, chyba wyczuły moją ochotę na jakieś ciasto. Mĕstec, gdzie planowałam nocleg, Nahřany i około 12.00 Nové Mĕsto nad Metují. Świetna pogoda przez całą drogę, choć przeszłam trochę mniej, bo 18 kilometrów, z uwagi na to że jutro zaczynają się góry, to co dla mnie jest najtrudniejsze, a ja raczej jestem turystką brzeżno-morską. Hotel Metuj, nocleg 200 koron. Ale najpierw zakupy, wreszcie kupiłam owoce, bo na trasie nie mam możliwości umycia ich, wodę, sok i coś na drugie śniadanie. A w hotelowej restauracji zjadłam pyszne sadzone jajka (może to śmieszne co piszę) za 33 korony. Wcześniej zanim jeszcze znalazłam hotel, na poczcie którą mi wskazano nie było faksu, bo małe poczty takiego udogodnienia nie posiadają, i do Polski mogę wysłać fax tylko z Náchodu. Łączność wręcz satelitarna, ale mogę wysłać z hotelu. Na drugi dzień rano, coś miłego, bo nie płaciłam w hotelu za wysłane faksy (nadmienię, że za poprzednie wysłane na trasie zapłaciłam ponad 200 koron). Babeczka w recepcji w rozmowie potwierdziła, że dużym utrudnieniem dla Czechów jest to, że na pocztach nie ma faksów. Teraz, idę się rozejrzeć za jakimś płaszczem przeciwdeszczowym (sklepy na głównej ulicy), mam dwie wody z obawy przed niemożliwością kupna w górach. W efekcie kupuję cienką folię malarską, by owinąć plecak bo mży, oraz łyżeczki jednorazowe (bo jak taka gapa nie wzięłam i przez to nie kupowałam jogurtów). 

Na trasie w kierunku czesko – polskiej granicy turystycznej, zmiana krajobrazu. Las i zaczęły się góry, dosłownie i w przenośni. Niemożliwością było robienie notatek, a kupcy z tymi tobołami, nie wyobrażam sobie

sobota, 30 sierpnia 2025

Knĕžičky – Lovčice – Lišice – Nepolisy – miejscowości podane w tekście – Stĕžery– Hradec Králové

Poukładałam papiery i z Knĕžičky wyruszam o 6.15, jest duszno, miły kierowca osobówki chce mnie podwieźć. Przy szosie reklama hotelu, w którym miałam nocować, ale musiałabym dołożyć kilka „kilosów” w bok od trasy, tak więc idealnie, że zatrzymałam się w Motorest.  

 

 

 

 

liściasty „strażnik” 

 

 

 

 

 

 

 

 



Mam dość szosy i tak jak było moim zamiarem wędrować przez małe osady szlaku bursztynowego, kieruję się na północny-wschód, pierwotnie wytyczona trasą, by iść wioskami. Zrezygnowałam z takiej opcji, ze względu na oszczędność czasu, ale teraz z kilometrami jestem do przodu. I zamiast iść przez Chlumec nad Cidlinou, z Lovčice ruszam polnymi drogami w kierunku miejscowości Nepolisy. 

podręczne mapki  

Z Lišice na mapie jest polna droga a trasa wiedzie przez dawny teren wojskowy, gdzie można wejść od strony Lišic przez otwartą bramą. Potem las, przez który prowadziły betonowe płyty. Idę zadowolona, że w lesie taka wspaniała droga. Po jakichś paru kilometrach okazało się, że teren jest ogrodzony płotem, a brama zamknięta. Pomógł mi Pan, który tam pracował, podjechał rowerem do firmy po klucze, żeby mnie wypuścić. Jeszcze powiedział, że nigdzie w płocie nie ma dziury, i nie wiem, ale chyba musiałabym przechodzić przez płot albo robić dodatkowe kilometry.
Po wędrówce szosą, to coś wspaniałego wędrować polami i lasami. Jem „papierówki” nagrzane słońcem i pozbierane z rowu, także mirabelki prosto z drzewa (choć na co dzień nie przepadam za tym owocem). Gdy chciałam spytać o drogę, na rozwidleniu asfaltu, kierowcy nie zatrzymywali się (nawet poczta), ale coś miłego młody człowiek na motocyklu z przyczepką chciał mnie podwieźć.

małe miejscowości, gdzie znajdują się takie perełki jak kościółek z XVII wieku w Bydżovská Lhotka

tunel liściasty i jarzębina, swoisty bursztynowy symbol

na Radostov, chyba najbardziej ulubione przeze mnie zdjęcie, być może podobne widoki oglądali bursztynowi kupcy, wędrujący na nasze Wybrzeże

A co mnie wymęczyło w tym dniu? Otóż po kupnie wody w Nepolisach, dalej przez wszystkie miejscowości: Luková, Mlékosrby, Bydžovská Lhotka, Barchov, Zvíkov, Kunčice, Radostov, Radíkovice, nigdzie po drodze wody, wszystkie sklepy zamknięte, gdzieś, czeska kobiecina chciała mi nalać wody do butelki. Po prostu myślałam, że nie dam rady, bo przecież jest niemożliwe by tyle kilometrów, nieść ze sobą zgrzewkę wody. Wreszcie w Stĕžery, parę przed Hradec Králové, był otwarty sklep. Na raz wypiłam półtora litra wody, litr soku, zjadłam loda, odsapnęłam trochę. Nie było noclegu, więc musiałam „doczłapać” się kolejne kilka kilometrów do Hradec Králové. Około 18.15 dotarłam do Pension Uno. Nocleg 790 koron, sprawdzałam czy jeszcze tyle mam i zastanawiałam się czy kontynuować marszrutę, jeśli będę tyle wydawać i ponad 41 kilometrów, w tym dniu.

w pobliżu, jak ją nazwałam "smocza" lampa

sobota, 2 kwietnia 2016

Sadská – miejscowości Lhota – Podĕbrady – Odřepsy – Vlkov pod Oškobrhem – Dlouhopolsko – Knĕžičky

czeski „ranny ptaszek”

Z Sadská, wyruszam około szóstej. Pada deszcz, lecz po upalnym dniu jest w sam raz i do tego widok zajęcy ganiających po polu. Wędruję przez miejscowości, które w nazwie mają Lhota a i planuję sobie zwiedzić Podĕbrady, albowiem poczytałam trochę, między innymi o czeskim władcy zwanym „królem husytów”. Jiŕi z Podĕbrad podtrzymywał tolerancję religijną i był pionierem idei rozwiązywania konfliktów międzynarodowych na drodze dyplomatycznej (piszę z perspektywy, więc na razie nie podam źródła, po prostu muszę poszukać w notatkach). Około godziny 8.30, Podĕbrady, ale nocleg w centrum kosztuje 700 koron, więc powtórka z rozrywki, idę dalej.

 widok na zamek oraz elektrownia wodna na Łabie, którą to w okolicy przekraczali kupcy

Wychodząc z miasta obserwuję jakaś kobietę, która opalała bramę. Wędruję dalej w kierunku Chlumec nad Cidlinou, ruchliwą szosą. Niektóre odcinki szlaku pokrywają się z trasami szybkiego ruchu. Co chwilę jadą samochody dostawcze jak i „tiry”. Słońce mocno grzeje, a czapkę zwiewa wiatr. Około godziny 10.30, robię przerwę w marszrucie, a potem czując się zaproszona widokiem figurki kucharczyka, robię następną na obiad. Dalej maszeruję w kierunku Dlouhopolsko, i co mnie cieszy to informacje że w Knĕžičky ma być hotel. Idę coraz wolniej a po 26 kilometrach wędrówki, przy samej trasie jest wcześniej Motorest Kopičák, jak stacja drogowa w czasach bursztynowych kupców. Rozlokowuję się w pokoju około godziny 14.30, a nocleg kosztuje tylko 200 koron. Ze zmęczenia nie biorę prysznica (łazienka jest w korytarzu), no i „pachnie” jak na koloniach. Na karteczce pomocny Pan pisze następne miejscowości, a z telefonu, który jest w restauracji mogę dzwonić tylko do Pragi.

karteczka to tak naprawdę, jedna z moich drukowanych mapek i na odwrocie pięknie rozpisane miejscowości

Wyruszając następnego dnia rano cieszę się, że nie poszłam dalej do „reklamowanego” hotelu, bo okazało się, że jest kilka kilometrów w bok od trasy.

sobota, 28 sierpnia 2010

Virunum – Klagenfurt – Wölfnitz (pisane w trasie, ale później edytowane)

Witam i przepraszam za bledy, pisze w kafejce internetowej w Klagenfurcie, wiec nie ma polskich liter.
Na poczatek, podziele sie moja ogromna radoscia z dotarcia na piechote, sladami bursztynowych kupcow, z Linz, dawnej Lentii do miejscowosci Maria Saal. Gdzie w poblizu znajdowala sie stolica prowincji Noricum. I chce to wykrzyczec duzymi literami: VIRUNUM !
Uradowana ponad miare, prosze Pana, ktory przyjechal z synem na motorze, o "pstrykniecie" videa, w miejscu gdzie stoi ogromny kamienny tron ksiazat Karyntii, znaleziony wlasnie na terenie dawnego Virunum

pisanina w Klagenfurcie, niech jest w oryginale, a ja po prostu opowiem dalej: po ponad 29 kilometrach trasy docieram do miasteczka Maria Saal. I choć w dwóch hotelach nie ma wolnych pokojów, w doskonałym nastroju, czekam na nocleg prywatnie za 30 euro (właściciele byli poza domem). Po wejściu, coś niesamowitego, wspaniały pałacyk myśliwski, dopowiem, że mój tata był myśliwym. W nocy z wrażenia nie mogę zasnąć, a rano od państwa, jak w hotelu dostaję pyszne śniadanie i jeszcze kanapki na drogę. Rano, zaopatrzona w prowiant, ruszam na trasę szosą, równoległą do torów i autostrady, ale przedtem idę jeszcze do pension, gdzie polecono mi tak fantastyczne nocowanie.

Podobne napisy jak „stop tranzytom”, widnieją w innych miejscowościach i na drogach lokalnych. Co jest odzwierciedleniem tego, ile samochodów, zwłaszcza ciężarowych przejeżdża przez małe miasteczka w Austrii. Wygląda to tak, że przez niekiedy wąskie uliczki i rynek, przejeżdżają wielkie ciężarówy.

Z Maria Saal maszeruję do Klagenfurtu, by ulokować się w hotelu i poszukać kafejek internetowych. Docieram koło południa i w towarzystwie młodego małżeństwa z dzieckiem, spaceruję do info-punktu turystycznego. Okazuje się, że internet cafe są dwie, a miasto organizuje dużą imprezę i hotele są zapełnione. Ale spróbuję przenocować za miastem. Jeszcze próbuję, ale nie mogę dodzwonić się do Polaka, mieszkającego tutaj. Jest tak gorąco, że słońce jakby wypalało, choć teraz trochę pada. Jem kanapki, które zamieniły się w „grzanki”. A po tłoku jaki panuje w centrum miasta, siadam w restauracji, napijam się zimnym sokiem i zajadam lodami. Na mapie, w pobliżu rzeka Glan, i na tym odcinku trasy, szlak bursztynowy wiedzie właśnie wzdłuż tej rzeki.

Na wprost restauracji, po drugiej stronie ulicy Feldkirchner Straße, jeden z moich ulubionych tematów, kapitalna remiza strażacka Feuerwehr Kalvarienberg.

No cóż, ruszam dalej. Znów szosą i węzeł na autostradzie, gdzie mogą wjeżdżać tylko auta, więc zaczynam kluczyć gdzieś obok. Jakaś boczna droga do Tessendorf, ale jakby z powrotem w kierunku do Maria Saal. Przejście pod autostradą, Poppichl i nie wiem gdzie jestem. Powrót i gdzieś koło, chyba Lendorf z kolei nad autostradą. Pytam rodzinę na rowerach i droga obok, 

 
 
to w oddali miasteczko Emmersdorf. Po lewej od trasy widać wysokie góry, a obok wiedzie ścieżka rowerowa.

Niby krótka trasa, ale było nie do wytrzymania, powietrze tak jakby „parzyło”. Z obawą zbliżam się do Wölfnitz, czy będzie „zimmer frei” w Gasthof Wölfnitzer Hof. I po prawie 19 kilometrach marszruty jest pokój, z łazienką i natryskiem na korytarzu, w cenie 25 euro. A że po południu zaczęło lać, zdecydowałam się zrobić sobie jeden dzień przerwy w eskapadzie i podjechać autobusem do Klagenfurtu. Aha, podaję tylko kilometry trasy od Maria Saal do centrum Klagenfurtu (nie doliczam „bieganiny” po mieście) i dalej do hotelu w Wölfnitz. Rankiem następnego dnia, jadę do Klagenfurtu powysyłać e-maile, no jak myślicie, oczywiście plecak ma wolne, więc na luzie. 

Kafejka jeszcze zamknięta, więc siedzę w centrum na ławeczce i uzupełniam notatki, delektując się widokiem dorodnych papryczek przy Theatergasse. 

Pracuję od godziny 11.15, do 22.00 i wracam do fontanelli, gdzie naprzeciwko jest przystanek autobusowy. Jest wesoło, bo w centrum wszyscy się bawią na miejskiej imprezie.

 
 
na tle fontanny, children street, jak o sobie mówią niesamowicie fajni chłopacy
 
 
fontanellka na Alter Platz

Po tym jednodniowym urlopie od wędrówki, wróciłam w szampańskim humorze, oczywiście autobusem, ale nie miałam jak wejść. Dopiero babeczka siedząca naprzeciwko w kawiarni, dzwoniła do właściciela do drzwi. I jeszcze miły akcent, czy niespodzianka, jak kto woli, bo za pobyt w hotelu, zapłaciłam tylko 15 euro.


sobota, 14 sierpnia 2010

kontynuacja przedsięwzięcia pieszej eskapady szlakiem bursztynowym, via Norica

ci oto weseli Panowie, będą mi dotrzymywać towarzystwa na szlaku,

 

 

 

 

 

 


                                                                                                                                                                                                                                                                                                      miśki wrzucone przed wyprawą, a tytuł oraz tekst pod zdjęciem dodane po eskapadzie: wyruszam, wyjazd z Poznania około dziewiątej, przesiadka w Katowicach. Pociąg jadący do Wiednia, już w Polsce jest spóźniony i tak samo wjeżdża do Austrii. Więc wyprawa zaczyna się trochę nerwowo, czy zdążę na kolejny. Lecz austriaccy kolejarze nadganiają opóźnienie i dociera planowo na wieczorne połączenie do Linz.
W Wiedniu na dworcu niespodzianka, jest Pan fotograf z pisma Polonii Austriackiej „Polonika”, z numerami telefonów do Polaków mieszkających w Judenburgu i Klagenfurcie, przy trasie szlaku.
Wieczorem jadę dalej do Linz i z dworca biegiem do wcześniej zarezerwowanego hotelu, za 26 euro. Lecz tak jak przypuszczałam, hotel, był już zamknięty. I tu podobnie jak w Czechach, w małych - tych na moją kieszeń hotelikach, w nocy zostają tylko goście, a klucze znajdują się w schowku przy drzwiach, który jest otwierany za pomocą kodu. Osoby, które zarezerwowały hotel lub chciałyby w nim przenocować, muszą zadzwonić pod podany przy wejściu numer, aby otrzymać kod. Wybierając numer swoją komórką, coś źle wklepywałam, ale pomógł mi młody człowiek, pracujący w tym samym pociągu do Linz. Chłopak zadzwonił ze swojego telefonu i kobieta podała kod do skrytki, w której był klucz do hotelowego pokoju, dzięki niemu nie stałam po nocy na ulicy. Podziękowałam pięknie breloczkiem z bursztynem.

szlakiem bursztynowym, na piechotę z Linz

Miło mi jest poinformować, iż kontynuując przedsięwzięcie pieszej eskapady szlakiem bursztynowym, dnia 16 sierpnia, wyruszam z Linz, w kierunku Wels. Miejscowości na terenie królestwa Noricum, oddalone od siebie od 20 do 30 kilometrów, stanowiły kiedyś punkty etapowe, gdzie znajdowały się stacje pocztowe i celne.

Linz i bursztynowa fontanella w centrum miasta, a zdjęcie zrobione podczas poprzedniej eskapady, wiodącej z Pragi, trasą wzdłuż biegu rzeki Wełtawy.

Opowiadam dalej (tekst na początku pisany przed wyprawą do Austrii): kolejny odcinek przedsięwzięcia marszruty szlakiem bursztynowym do Aquileia, wytyczyłam jak zwykle, na podstawie publikacji naukowej i mapy z tejże. Starożytna droga norycka służyła najpierw Celtom, a następnie dostosowali ją dla siebie Rzymianie, budując nowe odcinki dróg, tak by wojsko szybciej i łatwiej przemieszczało się na duże odległości. Połączenie wcześniej handlowe, teraz służyło na potrzeby militarne, państwowej administracji no i oczywiście poczty, a przy okazji korzystali również kupcy i podróżni. 

Ksero mapki z drogami w prowincjach rzymskich (fragment):  

Miasta i osady na trasie Linz - Aquileia, stacje postojowe mansio i statio są pominięte:
- w Lentii znajdowało się oppidum celtyckie, Rzymianie natomiast w tym samym miejscu pobudowali kasztel. Stał się on posterunkiem militarnym na granicy cesarstwa, strzegącym przejść przez rzekę Dunaj;
- miasto Ovilava było ważnym węzłem komunikacyjnym północnego Noricum, oprócz szlaku bursztynowego i drogi żelażnej, szła tutaj droga solna;
- od Pyhrnpass, Przełęczy Pyrneńskiej, trasa prowadzi przez najbardziej górzysty odcinek alpejskich Niskich Taurów;
- z kilku odcinków stałych w terenie, wyróżnia się również trasa wzdłuż biegu rzeki Mur, gdzie w pobliżu prowadziła droga do Juvavum;
- miasto Virunum stało się stolicą, po utworzeniu prowincji Noricum,
- do osady Santicum, prowadziła droga wykuta w skale przez Celtów,
- Aquileia, ośrodek obróbki bursztynu i wytwórczości szklarskiej, miasto z portem nad rzeką Natiso, skąd prowadziły szlaki wodne na całe Śródziemnomorze, oraz sześć dróg lądowych. Czyniło to połączenia nie tylko z całym obszarem państwa rzymskiego, ale i z krajami, poza jego granicami.

Pogrygolone notatkami podczas wędrówki, moje „żółte papiery”:

planowane miejscowości: opis trasy wg mapy, czyli tradycyjne ściągi, by orientować się w terenie (zamiast gps)