piątek, 18 września 2026

środa, 9 września 2026

poniedziałek, 3 sierpnia 2026

niedziela, 2 sierpnia 2026

jantarová stezka z Prahy

Do Wrocławia pociągiem, dalej autobusem do Pragi. Po przyjeździe na Florenc i przebraniu się w eskapadowy uniform, zamiast jechać metrem, jak prowadzą przewodnicy, ruszam pieszo na Staré Město. 

Piękny secesyjny budynek, oraz Prašná brána, przez którą to wjazd do stolicy odbywały orszaki koronacyjne królów czeskich, oraz poselstwa zagraniczne. Jak nazwa wskazuje w XVII i XVIII wieku, służyła jako skład prochu. 


Staromĕstská radnice, pełniący często funkcję ratusza wszystkich miast praskich. Wielokrotnie poszerzany i przebudowywany, zajmuje prawie całą zachodnią część, rynku Starego Miasta. 


Krążąc po uliczkach staromiejskiej Pragi,


i podziwiając detale architektoniczne, kieruję się do wyszehradzkiego grodu. 


Vyšehrad i ciekawostka, na historyczny obiekt można wejść ulicą Vratislavova, a wyjść Táborská brána.


W tle zabytkowe budynki praskich wodociągów, a w oddali Vltava i lewobrzeżna Praha. A ja zaczynam przygodę i podobnie jak bursztynowi kupcy, podążam w upalny dzień, właśnie wzdłuż biegu rzeki Wełtawy.


Piękne tereny rekreacyjne, ścieżka rowerowo-piesza i pola golfowe. 


Mijam budowę autostrady, współczesna technika na starożytnym szlaku handlu bursztynem,


oraz ciekawa sztuka użytkowa


nieopodal celtyckiego oppidum,


skąd rozpościera się widok na Zbraslav, gdzie ma być punkt postojowy. Idę szosą, a w mieście szukam noclegu i raz pod górkę, raz stromo w dół. Wreszcie po ponad 21 kilometrach jest możliwość noclegu, jestem zmarnowana i nie ma internetu. 
W kolejnym dniu jadę więc na na Smíchov i kilka godzin siedzę w kafejce internetowej.
Dzień przerwy w marszrucie i znów ruszam. Praga 




sobota, 1 sierpnia 2026

odcinki uzupełnione

Eskapada szlakiem bursztynowym, jest przedsięwzięciem pieszym. Ale niektórych odcinków nie udało mi się zrealizować na piechotę i te nieprzemaszerowane uzupełniłam kolejnego lata. Najpierw pojechałam do Gdańska, zwiedziłam wyjątkowe Muzeum Bursztynu i udałam się na jarmark dominikański. 

A na trasę wyruszyłam podczas Słonecznych Warsztatów, gdzie atrakcją było ubieranie koguta w bursztynowe „piórka” (zdjęcie nie jest mojego autorstwa. a wykonane aparatem Nikon D70s, przypuszczalnie wykonane przez gdańskiego fotografa, jeśli ktoś poznaje, uprzejmie proszę o informację), 

Mijam kolejne koguciska, symbole gdańskiego jarmarku i podjeżdżam do stacji Przymorze, skąd ruszam osiedlami i dalej deptakiem w kierunku Sopotu, gdzie panuje tłok,

no i wizytówka miasta. Do Gdyni idę lasem, przechodzę obok filtrów,   

i przy potoku Swelina. Jak na szlak bursztynowy przystało, w większości teren górski. Trochę błądzenia a w mieście, dopytując o trasę właścicielkę pieska, kucając rozdarłam spodnie. No i pytanie, gdzie przenocować, choć nie pisałam o tym, ale wyruszając rano na eskapadę, już myślę o możliwości noclegu. Jak zwykle pomogła młodzież, a pokój super, bo z łazienką.

Rano, dojazd z powrotem na trasę, na ul. Morską, potem Pucką pod górkę, przy osiedlu Pogórze i na  Suchy Dwór. Następnie miejscowość Dębogórze, las i leśniczówka na Kazimierz z akcentem poznańskim. 


Dalej asfaltówka i przy kanałach droga przez pola do Redy. Rozmawiam z młodzieżą, że gdzieś ma być karczma. Idę ścieżką rowerową, 

a w oddali górskie widoki, w kierunku Zatoki Puckiej. Dalej Sławutówko i miłe zapytanie kierowcy, czy może chcę gdzieś podjechać. A ja najchętniej dalej, szłabym na bosaka. Szosa w kierunku Połczyno, nie ma pasa dla pieszych i cały czas wieje wiatr, 

ale za to widoki jakich zapewne nie oglądali bursztynowi kupcy. Jest Starzyno, ponad 32 kilometry trasy i ruszam z powrotem. Jadę jak autostopem, bo za grosze do Pucka, pociąg do Gdyni i przesiadka do Gdańska, nocleg w schronisku. 

Następnego dnia wcześnie rano jadę do Elbląga, pociąg ma trochę opóźnienia. Ruszam z elbląskiej  przystani, tak jak przypłynęłam statkiem Marabut. Cały czas leje, płaszcz przeciwdeszczowy, który kupiłam na dworcu w Elblągu, nie wystarcza. Buty i skarpetki mokre. Za Elblągiem, piękny wiadukt w Bogaczewie. Cały czas szosą, do tego deszcz, a jeszcze dodam, że jest to trasa na Warszawę, tak więc „polecam” zamiast sportów ekstremalnych. Wreszcie rozwidlenie na Krosno, szosa mniej jezdna i do Jelonek, wyszło około 28 kilometrów. 

Pogoda cały czas deszczowa, więc fotka z eskapady, jest to właśnie pochylnia, gdzie statki jadą po lądzie. A ja tym razem wracam do domu, różne auta które się zatrzymywały, również PKS. A jadąc przez Dzierzgoń do Malborka, dziwię się sobie że tyle szłam. W Poznaniu, dzień przerwy, opranie, e-maile i leczenie paluchów. 

Jadę do Wrocławia i najpierw udaję się do Muzeum Archeologicznego, dowiedzieć się coś więcej o bursztynie z Partynic. Po południu autobus do Pustkowa Wilczkowskiego i znów ruszam, przez Biskupice, Popowice do Jordanowa Śląskiego, wioski blisko siebie, niecałe 6 kilometrów.  

Kierunek Kudowa-Zdrój by przenocować, ale również rozważałam możliwość Nowego Miasta nad Metują. Po ponad godzinnym szukaniu jest nocleg, wieczorem doładowuję telefon, wymieniam walutę w najtańszym kantorze, a autobusy do Nachodu jadą co godzinę. 

W kolejnym dniu wyjazd do Náchod, dalej pociągiem przez Hradec Králové, Poděbrady do Praha-Vysočany. Trochę pytań, jak dotrzeć w pobliże hotelu, skąd rozpoczęłam eskapadę. Ulica Freyova, ruszam w kierunku praskiego starego miasta. I podobnie jak poprzednio Czechy przywitały mnie upałem. Ulica Sokolovská, za chwilę mijam dworzec Florenc, potem kolejowy i Náměstí Republiky ze stacją metra.  

A na wprost Obecní Dům, reprezentacyjny dom stołecznego miasta Pragi, gdzie urządzane są wielkie uroczystości, oraz koncerty. 

Staré Město i zwierzęta z ulicy Celetnej, 


oraz inne postacie.


Pojazdy, może nie historyczne, ale pomocne.

Spaceruję uliczkami przy Staroměstské Náměstí, gdzie znajdują się autentyczne, historyczne oznakowania domów. 


Po około siedmiu kilometrach docieram na Václavské náměsti, gdzie mieści się Národní muzeum. 


A po południu kieruję się w stronę dworca. Autobusem jadę do Wrocławia i pociągiem w moje fyrtle. 

środa, 29 lipca 2026

Mareza – Korzeniewo – Opalenie – Gniew – Wielkie Walichnowy – Międzyłęż – Tczew – Pruszcz Gdański – Gdańsk

Kolejnego dnia jadę autobusem do Kwidzyna i wracam na trasę szlaku idąc do Marezy.  

W Korzeniewie przeprawiam się promem przez Wisłę. Odnosi się wrażenie, jak gdyby prom płynął w lewo. Na drugim brzegu rzeki jest droga asfaltowa, no i uprawy tytoniu. Miejscowość Opalenie, Jaźwiska i Nicponia, piękne płoty i chaty. 

Przed Gniewem, żeby nie iść jedynką, idę ścieżką rowerową. Za Polskim Gronowem, wały przeciwpowodziowe, dalej wzniesienia a między jedynką a Wisłą rozpościera się Dolina Walichnowska. Po wielu zapytaniach o nocleg, po około 33 kilometrach trasy, z przystanku Międzyłęż jadę do Rudna, potem w Czarlinie miał być nocleg, lecz nie ma, więc dalej w miłym towarzystwie dojazd do Tczewa. Jednak nie ma nic wolnego, bo są imprezy kulturalne, w akademiku nawet młodzież śpi na podłodze. Umyłam tam tylko ręce, a ochroniarz doradził jakiś prywatny wynajem gdzieś w domku koło szosy. W innym hotelu drogo, więc idę w kierunku domków gdzie miały być pokoje do wynajęcia. Pytam właścicielkę piesków i tak była zaaferowana tym co mówiłam, że wzięła mnie do domu, a jej córka mnie wylegitymowała i poczęstowała kolacją. 

Rano, jak zwykle muszę wrócić do punktu etapowego, skąd jechałam na nocleg. Autobus się spóźnił i w Rudnie nie zdążyłam się przesiąść, więc maszeruję kilka kilometrów do krzyżówki na Międzyłęż. Dalej już na trasie pomógł ktoś z rowerem a potem na traktorze. Idę skrótem przez gospodarstwo i polną drogą do Małego Garca. Jest sklepik, więc coś przekąsiłam i podładowałam komórkę. Snopowiązałka wyrzucała prostokąty, miejscowość Rybaki, Mała Słońca i szkoła z pięknymi oknami. 

Za wsią orka, po lewej jedynka a po prawej widoczny most na Tczew. Po około 26 kilometrach, super nocleg w akademiku Szkoły Ekonomicznej w Tczewie, tam gdzie poprzedniej nocy spała młodzież. 

Jak wyszłam rano z akademików, rozmawiało dwóch mieszkańców tak: - „idziesz do twojej mamuśki”, - „jo”. Wychodzę z Tczewa koło portu, potem miejscowość Czatkowy, mały ruch na szosie, ale jest gorąco i bola nogi, do tego odcisk i źle poszłam, niepotrzebnie odbiłam w bok i obeszłam kawał drogi. 


Ale za to, gdzieś po drodze fajny reklamowy przystanek. Za Ostrowite, pytając rowerzystów upewniam się co do kierunku na Pruszcz, przytaknęli, ale znowu szłam jakimś objazdem, teraz z kolei poszłam kilka kilometrów niepotrzebnie w prawo. Po około 24 kilometrach jest Pruszcz Gdański, nocleg w hotelu cukrowni. 

Następnego dnia, coś fajnego, bo za sprawą miłej dziennikarki otrzymałam prezentację multimedialną faktorii rzymskiej. Trzymając się podpowiedzi co do trasy, idę do Gdańska wałem przy Kanale Raduni, zbudowanym przez Krzyżaków, który pomimo, że droga jest niżej, nie przecieka. 


Idąc szlakiem można podziwiać takie perełki, ale i są też prozaiczne sprawy, jak WC, i właśnie w pobliskim zajeździe pozwolono mi skorzystać z toalety. Po ponad 17 kilometrach dotarłam nad morze, były meduzy i trochę muszli, bursztynu nie. Po wyjściu z plaży, coś niesamowitego, po parku chodziły dziki, w tym locha z młodymi a sroka zgubiła orzecha. Trochę odsapnęłam i ruszyłam na dworzec, by wrócić do Poznania. 

niedziela, 26 lipca 2026

Kwidzyn – Malbork – Dzierzgoń – Jelonki – Elbląg – Frombork – Braniewo – miejscowości w Obwodzie Kaliningradzkim – Elbląg

No i najlepsze rano, możliwe, że ze zmęczenia nie zauważyłam, że w pokoju mam łazienkę z natryskiem!!! 


Z Gurcza na Ryjewo, przy trasie szeleszczące niskie zboże dalej na Mątowskie Pastwiska. W Ryjewie zmiana trasy, bowiem jest możliwość zabłądzenia w lesie, tak podpowiedzieli w sklepie. 


Ryjewo to jak ktoś w sklepie powiedział „gminna wieś, długa ulicówka”, czysto, kosze na śmieci w całej wsi i dom z dachem jak chata, ponoć „ładniejsze są za torami”. Trochę bolą nogi, ale jest asfalt na Sztum, i podpowiedź, że można iść drogą polną obok torów. I znów szosą, ale fajnie, że jest remont i auta jadą wolniej. Na drodze co jakiś czas fasolka, potem okazało się, że gubiły duże ciężarówy. Przed Malborkiem przyspieszam, i „sprintem”, by zdążyć do schroniska młodzieżowego, a wcześniej informowałam się telefonicznie. Około 36 kilometrów i co jest fajne na tym terenie, że gdzieś tak od Kwidzyna mieszkańcy mówią „jo”. 

Umyśliłam sobie, że od Malborka mogę płynąć Nogatem, więc zamiast ruszyć na trasę, idę na przystań przy zamku w Malborku a potem kawał drogi do portu. 


W porcie stało parę barek i byli wędkarze, ale nikogo z obsługi portu, by się spytać. Więc z powrotem przez miasto, upewniam się co do trasy i coś miłego, bo w rozmowie o noclegach, ktoś mówi, że przenocowałby mnie. Dalej na Nową Wieś Malborską potem na Dąbrówkę Malborską, świetny wiatr ale za chwilę deszcz. Cały czas szosą, po około 30 kilometrach w Dzierzgoń, pytam o nocleg, pomaga młodzież w kontakcie z prowadzącym hotel i dom kultury. Nogi bolą, ubieram więc polara.
 
Wcześnie rano ruszam asfaltem w kierunku Bągartu, mostek przez rzeczkę Dzierzgoń, dalej mocno oddalone od siebie małe wioski. Od Starego Dolno, odcinki z kamlotami, źle się idzie, ale jak miejscowa udzielam instrukcji podróżnym jak jechać na Nowe Dolno. 


Idąc na Stankowo, cały czas wieje. Jelonki i docieram do „zjeżdżalni”, wycofuję się ale po pewnym czasie gdy wracam i pytam po raz kolejny o możliwość wejścia na statek, i mogę się zabrać. Coś śmiesznego, bo „wywaliłam” się przed wejściem na statek i bilet nie jest tani, ale po 22 kilometrach pieszo, płynę Kanałem Elbląskim i drogą wodną docieram do Elbląga. 


Jezioro Drużno jest rezerwatem przyrody i cytuję: „gdyby nie ta roślinność, nie byłoby ptactwa”. 

Wyruszam z Elbląga, a przed Jagodnem zaczyna się Park Krajobrazowy Wysoczyzny Elbląskiej. Miejscowość Suchacz i cały czas w dół, Pęklewo, i dla odmiany pod górkę w kierunku Kadyn. Do Tolkmicka raz w górę, raz w dół, trochę ścieżką rowerową, trochę kamlotami, terenową i nieczynnymi torami kolejowymi. Po 38 kilometrach Frombork i planowałam sobie nocleg w schronisku, więc dopytuję napotkaną osobę, mówi, że był harcerzem i  „gna” mnie przez cały Frombork na stanicę harcerską, która nota bene była już nieczynna. Więc przyspieszyłam, by zdążyć do schroniska.  

Jak zwykle z Fromborka wyruszam rano i po 10 kilometrach stacja kolejowa w Braniewie. Jadę pociągiem do Kaliningradu, i idę kilka kilometrów ze stacji do centrum miasta. 

Następnego dnia jadę autobusem, miła „babuszka” co przysiadła, nie chciała by jej pomagać. Z miejscowości Приморск, znów ruszam pieszo przez las, droga prowadzi obok poligonu. Dalej szeroka polna droga ale i kamloty. We wsi wysokie blaszane i drewniane ploty, źle poszłam i znów kawałek z powrotem, Jest duszno, ale zaczęło trochę wiać. Szosa, mały ruch, obiekty przemysłowe, jakieś niewykończone hale, może szklarnie, scenografia jak do filmu. 


Gdzieś ktoś chciał mnie podwieźć. Znowu  jakieś zrujnowane budynki i pozostałości po halach czy szklarniach, ale kolorowy przystanek i ładny odnowiony dom. Pada deszcz, grzmi, i zaczyna lać, po chwili, nawet leje pod drzewem. Miejscowość Янтарный i około 32 kilometry, biegnę za miejscowymi, by spytać się o hotel. Hotelu nie ma, ale mogę spać u mieszkanki w domu. Mieszka skromnie i aktualnie nie ma ciepłej wody, choć gaz jest. 

Rano na śniadanie pyszne upieczone bliny. Mieszka skromnie i nie zawsze w tych blokach jest ciepła woda, grzeją jak jest mazut. Opowiada, że pracuje w domu kultury, a jej ojciec był Polakiem. Rano odprowadza mnie aż do szosy. No i ruszam, mokre ciuchy niosę w siatce. I na przemian las, wieś, gdzieś krowa podeszła sobie do kubłów i częstowała się z nich. Przy drodze pola i zniszczony asfalt, aż do Dońska. Fajne anteny, jak koło rowerowe. Co odcinek są obiekty wojskowe i na trasie pomagają żołnierze, dogaduję się trochę po rosyjsku i trochę po angielsku. Jest morze, choć tam gdzie chciałam dość stacjonują marynarze, i na Mayak nie można.


Mogłam iść tylko morzem, obeszłam prawie dwa kilometry po kamlotach, ani jednego bursztynu, tylko totem. Ale spotkałam łowiących złoto północy, pokazali mi bursztyn i nawet trzymałam w ręce, z wrażenia zapomniałam zrobić zdjęcie. Idąc morzem, napotkałam siedlisko ptactwa i zaczął się teren podmokły. Wyszłam dwa razy w jakieś maliny, pokrzywy i bagno, w końcu za trzecim razem, przez chaszcze do góry na jakąś drogę, doszłam do jednostki i wróciłam by dojść do wsi Filino, łącznie około 12 kilometrów. Dalej busem do Swietłogorska i z powrotem do Kaliningradu. 


Pospacerowałam po mieście oraz zwiedziłam muzeum bursztynu. Po spakowaniu się jadę autobusem z Kaliningradu do Elbląga. Nocleg fajny, bo w szkole, no i na kolejny dzień muszę wrócić do punktu etapowego, czyli do Kwidzyna.

niedziela, 19 lipca 2026

Inowrocław – Kawęczyn – Otłoczyn – Toruń – Chełmża – Grudziądz – Kwidzyn

Jeszcze co do noclegu, nie zawsze jest tak fajnie, jak tutaj przy trasie i nie muszę boksować się z dojazdem. Rano kupuję żółty ser i wyruszam z Inowrocławia, do Torunia jest jakieś 34 kilometry, bolą plecy a trasa wiedzie pod górkę. coś źle dopytałam, bo odcinek szłam jakimś objazdem”.   kilka kilometrów pod górę, bolą plecy. Jest ścieżka rowerowa, ale jak się okazuje tylko do stacji paliw, dalej szosa z utwardzonym poboczem. 

Szadłowice, Ostrowo i wreszcie droga polna na Lipie. Jakieś małe zielone owady, a dają odgłos jak krople deszczu na liściach. Potem jeszcze komary tną” na drodze przez pola. Szlakówka, ktoś na rowerze pomógł z trasą, dalej Murzynno i asfaltem na Kawęczyn, znów propozycja podwiezienia na rowerze. W Kawęczynie po około 25 kilometrach trasy, młodzież przed barem, zaoferowała pomoc w szukaniu noclegu po gospodarzach, ale tak jeden „nie miał warunków”, inny stodoły. A że „ciocia pojechała do Gdańska”, to stwierdzili, że „tu pani może spać, u cioci”, weszli na posesję i otwarli mi stodołę. Piszę notatki, a krowa obok je trawę, ścina lepiej od kosiarki i wącha mój plecak. Rozłożyłam w stodole karimatę i śpiwór, ale moi pomocnicy nadal „koczowali na szosie”, bo jak później powiedzieli ktoś rzucał jabłkami w dach stodoły i się denerwowali. Wyszłam więc, bo należało powiedzieć sąsiadom, że w stodole będzie ktoś spał. W tym czasie mieszkanka z naprzeciwka zadzwoniła do właścicieli, z obawy że podpalę stodołę. W efekcie zaproponowano mi nocleg w normalnym domu.

Kolejnego dnia ruszam skrótem na Opoki. Byłoby super, gdyby ławki na przystankach nie były niszczone, po prostu są pomocne dla wędrowców. Mostek na rzeczce Tążynie, i obok stary kolejowy. Przybranowo, jakiś mały piesek mnie „uszczypnął”, a za chwilę Służewo. Dalej asfalt, pusta droga i wiatr. Za lasem znów idę skrótem, jest Aleksandrów Kujawski i stacja. Idę przez las na wieś Otłoczyn. Po drodze rozmawiam z grzybiarzem i dostaję podpowiedzi co do trasy. Mostek, znów Tążyna, a przed samym Otłoczynem las, kiedyś pierwotna puszcza, chwila przerwy, muszę trochę odsapnąć. Docieram do Otłoczyna i funduję sobie lody. Jest super, bo obok autostrady wiedzie leśna droga na Toruń, ale most przez Wisłę jest wyłącznie dla pojazdów, więc kieruję się do centrum miasta. Za autostradą droga polna, ale i „królewskie” rezydencje. Ulica Wrocławska, potem Łódzka, wjazd podobny jak do Kalisza, bo przy szosie jest pas asfaltu.

Przeprawa przez Wisłę, przechodząc przez most od strony dworca, zza drzew wyłania się imponujący widok panoramy Torunia. Wrażenie niesamowite i warto było przespacerować te 35 kilometrów. No nic, ale wracam do eskapadowej codzienności, wypłacam kaskę i kieruję się do akademików. Nocleg tani, i to, że się oprałam i wysuszyłam, jest aż nierealne, bo pralka i suszarka. 

Na wyjściu z Torunia kupuję duży tłusty precel i kierunek północ. Na początku droga rowerowa, dalej szosa z paskiem asfaltu, no i szosa i szosa. Przed Łysomicami korek od strony Gdańska. W pobliżu drogi tytoniowe pola, potem jakieś budowy i błoto na szosie. Rolnik zbierający fasolę poradził iść nadal  „jedynką”, a możliwość noclegu ma być ponoć w Kończewicach albo Głuchowie, bo tam są szkoły, a od Grzywna ma być mniej uczęszczana droga. Jeszcze parę kilometrów idę szosą, potem odbijam na Zęgwirt, zwykła droga a potem szlakówka. Cały czas jest zachmurzenie i chłodno ale już nie pada. W Grzywna czysto, worki na śmieci na przystankach, ale nie ma ławeczek, idę tu popytać o noclegi i jest podpowiedź, że lepiej w Chełmży, niż dalej na wioskach. Około 22 kilometry i podjeżdżam do Chełmży, nocleg w domu turystycznym OSiR z miłą obniżoną cenką.

W kolejnym dniu z Chełmży wracam pieszo, bo autobus jedzie później. Jakiś odcinek, po drugiej stronie szosy towarzyszy mi pies, dałam mu sera i stanął, pewnie zastanawiał się czy iść za serem, czy odpuścić, zwłaszcza, że zaczęło padać. Próbuję trochę iść wioskami, ale wracam na szosę bo droga, którą zaczęłam iść, wiodła do jakiejś posesji. Zasięgam informacji i ktoś mówi, że w bok, na zachód od głównej szosy wiódł stary szlak pocztowy. Szlakówka w kierunku Kończewic, a co do pogody, jest zimno, wietrznie i pada. 


Wędruję Pojezierzem Chełmińskim na Głuchowo, dalej długo polami, po drodze prostopadłe ściany słomy, Falęcin i znowu szosą. W Zegartowicach próbuję spytać kogoś w aucie, ale jak dochodzę rusza, macham, ale jedzie dalej. Nie ma się kogo spytać, nie ma przejścia, wszędzie płoty, więc wracam na szosę. Kawałek idę niezaoranym polem, potem polną zarośniętą terenówką. Wiatr i deszcz zacinają, wszystko mokre, łącznie z butami i mapami. Gdzieś chwilę rozmawiam przed sklepem, po prostu nie rozumiejąc, że między wioskami nie ma jakichś dróg, tylko żeby dostać się z jednej do drugiej, to trzeba wyjeżdżać na „jedynkę” (przed wybudowaniem nowej autostrady). Wreszcie w bok od szosy droga na Wielkie Czyste i Małe Czyste, a małolata, która wyskoczyła w butach na obcasach, pokierowała drogą na Chełmno. Jaskółki, do przodu i  z powrotem, podobnie jak delfiny, asystowały w orce dookoła traktora. Pięknie zaorane pole jak malunek i świetna ścieżka rowerowa przed  Chełmnem, potem znów błoto i szosa. Pytanie o nocleg, jest hotel z umywalką w pokoju i przy farelce mogłam wysuszyć buty.

No i dalej zgubiłam całe 300 złotych, wypłacone rano (limit dzienny), pomimo, że pytałam po trasie, którą szłam w Chełmnie, nikt nie podał. Więc (wiem, że nie zaczyna się tak zdania), z reszty, 30 złotych zostawiłam na nocleg, a za 3 kupiłam sok. Ruszam na trasę, przechodzę przez szosę i dalej polnymi drogami, jakieś gospodarstwo, strumyki, miejscowość Nowe Dobra i cały czas asfaltowa droga do Podwieska, przez Górne Wymiary i Dolne Wymiary, po lewej ławice, lasy, widoki jak nad morzem. A po drugiej stronie Wisły również piękne wyniesienia i lasy. Z Sosnówki na Szynych, prace polowe i  uprawy tytoniu. Przed Pieńkami Królewskimi jest już ścieżka rowerowa, która , wiedzie do samego Grudziądza, i po 26 kilometrów jest schronisko młodzieżowe.

Rano mogę wypłacić kaskę i ruszam. Znów szosa, nie pakowałam całych map, tylko szykowałam odcinki, a teraz przydałyby mi się. Świerkocin, rzeczka Osa, od miejscowości Mokre tylko asfalt 


i lepiej się idzie bo przez lasy. Leśniewo i Wielki Wełcz, ścieżka rowerowa trochę pod górkę, a przy Okrągłej Łące chciałam zrobić zdjęcie, ale skończył się film w aparacie. Uprawy tytoniu, a miejscowa miła gospodyni zaproponowała, że mogę iść domostwami, ale mam uważać bo są pieski. Idzie się fajnie bo polną drogą i między grządkami. 


„Pagoda” tytoniowa, pytam o tytoń jak szybko schnie, a zależy to od pogody i średnio schnie niecały miesiąc. Gdzieś zamuczała krowa i włączył się alarm w  nowo budowanym domu, a po lewej za Wisłą zalesione wzgórza. Od Olszanicy lasy i po obu stronach drogi cieki wodne. Do Kwidzyna droga pod górkę, i po 31 kilometrach jest hotel. Wieczorem robię jeszcze kilometry, chodząc piętro niżej do WC.