piątek, 18 września 2026
środa, 9 września 2026
czwartek, 3 września 2026
środa, 12 sierpnia 2026
poniedziałek, 3 sierpnia 2026
niedziela, 2 sierpnia 2026
jantarová stezka z Prahy
Do Wrocławia pociągiem, dalej autobusem do Pragi. Po przyjeździe na Florenc i przebraniu się w eskapadowy uniform, zamiast jechać metrem, jak prowadzą przewodnicy, ruszam pieszo na Staré Město.
Piękny secesyjny budynek, oraz Prašná brána, przez którą to wjazd do stolicy odbywały orszaki koronacyjne królów czeskich, oraz poselstwa zagraniczne. Jak nazwa wskazuje w XVII i XVIII wieku, służyła jako skład prochu.
sobota, 1 sierpnia 2026
odcinki uzupełnione
Eskapada szlakiem bursztynowym, jest przedsięwzięciem pieszym. Ale niektórych odcinków nie udało mi się zrealizować na piechotę i te nieprzemaszerowane uzupełniłam kolejnego lata. Najpierw pojechałam do Gdańska, zwiedziłam wyjątkowe Muzeum Bursztynu i udałam się na jarmark dominikański.
A na trasę wyruszyłam podczas Słonecznych Warsztatów, gdzie atrakcją było ubieranie koguta w bursztynowe „piórka” (zdjęcie nie jest mojego autorstwa. a wykonane aparatem Nikon D70s, przypuszczalnie wykonane przez gdańskiego fotografa, jeśli ktoś poznaje, uprzejmie proszę o informację),
Mijam kolejne koguciska, symbole gdańskiego jarmarku i podjeżdżam do stacji Przymorze, skąd ruszam osiedlami i dalej deptakiem w kierunku Sopotu, gdzie panuje tłok,
no i wizytówka miasta. Do Gdyni idę lasem, przechodzę obok filtrów,
i przy potoku Swelina. Jak na szlak bursztynowy przystało, w większości teren górski. Trochę błądzenia a w mieście, dopytując o trasę właścicielkę pieska, kucając rozdarłam spodnie. No i pytanie, gdzie przenocować, choć nie pisałam o tym, ale wyruszając rano na eskapadę, już myślę o możliwości noclegu. Jak zwykle pomogła młodzież, a pokój super, bo z łazienką.
Rano, dojazd z powrotem na trasę, na ul. Morską, potem Pucką pod górkę, przy osiedlu Pogórze i na Suchy Dwór. Następnie miejscowość Dębogórze, las i leśniczówka na Kazimierz z akcentem poznańskim.
Dalej asfaltówka i przy kanałach droga przez pola do Redy. Rozmawiam z młodzieżą, że gdzieś ma być karczma. Idę ścieżką rowerową,
a w oddali górskie widoki, w kierunku Zatoki Puckiej. Dalej Sławutówko i miłe zapytanie kierowcy, czy może chcę gdzieś podjechać. A ja najchętniej dalej, szłabym na bosaka. Szosa w kierunku Połczyno, nie ma pasa dla pieszych i cały czas wieje wiatr,
ale za to widoki jakich zapewne nie oglądali bursztynowi kupcy. Jest Starzyno, ponad 32 kilometry trasy i ruszam z powrotem. Jadę jak autostopem, bo za grosze do Pucka, pociąg do Gdyni i przesiadka do Gdańska, nocleg w schronisku.
Następnego dnia wcześnie rano jadę do Elbląga, pociąg ma trochę opóźnienia. Ruszam z elbląskiej przystani, tak jak przypłynęłam statkiem Marabut. Cały czas leje, płaszcz przeciwdeszczowy, który kupiłam na dworcu w Elblągu, nie wystarcza. Buty i skarpetki mokre. Za Elblągiem, piękny wiadukt w Bogaczewie. Cały czas szosą, do tego deszcz, a jeszcze dodam, że jest to trasa na Warszawę, tak więc „polecam” zamiast sportów ekstremalnych. Wreszcie rozwidlenie na Krosno, szosa mniej jezdna i do Jelonek, wyszło około 28 kilometrów.
Pogoda cały czas deszczowa, więc fotka z eskapady, jest to właśnie pochylnia, gdzie statki jadą po lądzie. A ja tym razem wracam do domu, różne auta które się zatrzymywały, również PKS. A jadąc przez Dzierzgoń do Malborka, dziwię się sobie że tyle szłam. W Poznaniu, dzień przerwy, opranie, e-maile i leczenie paluchów.
Jadę do Wrocławia i najpierw udaję się do Muzeum Archeologicznego, dowiedzieć się coś więcej o bursztynie z Partynic. Po południu autobus do Pustkowa Wilczkowskiego i znów ruszam, przez Biskupice, Popowice do Jordanowa Śląskiego, wioski blisko siebie, niecałe 6 kilometrów.
Kierunek Kudowa-Zdrój by przenocować, ale również rozważałam możliwość Nowego Miasta nad Metują. Po ponad godzinnym szukaniu jest nocleg, wieczorem doładowuję telefon, wymieniam walutę w najtańszym kantorze, a autobusy do Nachodu jadą co godzinę.
W kolejnym dniu wyjazd do Náchod, dalej pociągiem przez Hradec Králové, Poděbrady do Praha-Vysočany. Trochę pytań, jak dotrzeć w pobliże hotelu, skąd rozpoczęłam eskapadę. Ulica Freyova, ruszam w kierunku praskiego starego miasta. I podobnie jak poprzednio Czechy przywitały mnie upałem. Ulica Sokolovská, za chwilę mijam dworzec Florenc, potem kolejowy i Náměstí Republiky ze stacją metra.
A na wprost Obecní Dům, reprezentacyjny dom stołecznego miasta Pragi, gdzie urządzane są wielkie uroczystości, oraz koncerty.
Staré Město i zwierzęta z ulicy Celetnej,
Spaceruję uliczkami przy Staroměstské Náměstí, gdzie znajdują się autentyczne, historyczne oznakowania domów.
środa, 29 lipca 2026
Mareza – Korzeniewo – Opalenie – Gniew – Wielkie Walichnowy – Międzyłęż – Tczew – Pruszcz Gdański – Gdańsk
Kolejnego dnia jadę autobusem do Kwidzyna i wracam na trasę szlaku idąc do Marezy.
W Korzeniewie przeprawiam się promem przez Wisłę. Odnosi się wrażenie, jak gdyby prom płynął w lewo. Na drugim brzegu rzeki jest droga asfaltowa, no i uprawy tytoniu. Miejscowość Opalenie, Jaźwiska i Nicponia, piękne płoty i chaty.
Przed Gniewem, żeby nie iść jedynką, idę ścieżką rowerową. Za Polskim Gronowem, wały przeciwpowodziowe, dalej wzniesienia a między jedynką a Wisłą rozpościera się Dolina Walichnowska. Po wielu zapytaniach o nocleg, po około 33 kilometrach trasy, z przystanku Międzyłęż jadę do Rudna, potem w Czarlinie miał być nocleg, lecz nie ma, więc dalej w miłym towarzystwie dojazd do Tczewa. Jednak nie ma nic wolnego, bo są imprezy kulturalne, w akademiku nawet młodzież śpi na podłodze. Umyłam tam tylko ręce, a ochroniarz doradził jakiś prywatny wynajem gdzieś w domku koło szosy. W innym hotelu drogo, więc idę w kierunku domków gdzie miały być pokoje do wynajęcia. Pytam właścicielkę piesków i tak była zaaferowana tym co mówiłam, że wzięła mnie do domu, a jej córka mnie wylegitymowała i poczęstowała kolacją.
Rano, jak zwykle muszę wrócić do punktu etapowego, skąd jechałam na nocleg. Autobus się spóźnił i w Rudnie nie zdążyłam się przesiąść, więc maszeruję kilka kilometrów do krzyżówki na Międzyłęż. Dalej już na trasie pomógł ktoś z rowerem a potem na traktorze. Idę skrótem przez gospodarstwo i polną drogą do Małego Garca. Jest sklepik, więc coś przekąsiłam i podładowałam komórkę. Snopowiązałka wyrzucała prostokąty, miejscowość Rybaki, Mała Słońca i szkoła z pięknymi oknami.
Za wsią orka, po lewej jedynka a po prawej widoczny most na Tczew. Po około 26 kilometrach, super nocleg w akademiku Szkoły Ekonomicznej w Tczewie, tam gdzie poprzedniej nocy spała młodzież.
Jak wyszłam rano z akademików, rozmawiało dwóch mieszkańców tak: - „idziesz do twojej mamuśki”, - „jo”. Wychodzę z Tczewa koło portu, potem miejscowość Czatkowy, mały ruch na szosie, ale jest gorąco i bola nogi, do tego odcisk i źle poszłam, niepotrzebnie odbiłam w bok i obeszłam kawał drogi.
Następnego dnia, coś fajnego, bo za sprawą miłej dziennikarki otrzymałam prezentację multimedialną faktorii rzymskiej. Trzymając się podpowiedzi co do trasy, idę do Gdańska wałem przy Kanale Raduni, zbudowanym przez Krzyżaków, który pomimo, że droga jest niżej, nie przecieka.
niedziela, 26 lipca 2026
Kwidzyn – Malbork – Dzierzgoń – Jelonki – Elbląg – Frombork – Braniewo – miejscowości w Obwodzie Kaliningradzkim – Elbląg
No i najlepsze rano, możliwe, że ze zmęczenia nie zauważyłam, że w pokoju mam łazienkę z natryskiem!!!
niedziela, 19 lipca 2026
Inowrocław – Kawęczyn – Otłoczyn – Toruń – Chełmża – Grudziądz – Kwidzyn
Jeszcze co do noclegu, nie zawsze jest tak fajnie, jak tutaj przy trasie i nie muszę „boksować” się z dojazdem. Rano kupuję żółty ser i wyruszam z Inowrocławia, do Torunia jest jakieś 34 kilometry, bolą plecy a trasa wiedzie pod górkę. coś źle dopytałam, bo odcinek szłam jakimś „objazdem”. kilka kilometrów pod górę, bolą plecy. Jest ścieżka rowerowa, ale jak się okazuje tylko do stacji paliw, dalej szosa z utwardzonym poboczem.
Szadłowice, Ostrowo i wreszcie droga polna na Lipie. Jakieś małe zielone owady, a dają odgłos jak krople deszczu na liściach. Potem jeszcze komary „tną” na drodze przez pola. Szlakówka, ktoś na rowerze pomógł z trasą, dalej Murzynno i asfaltem na Kawęczyn, znów propozycja podwiezienia na rowerze. W Kawęczynie po około 25 kilometrach trasy, młodzież przed barem, zaoferowała pomoc w szukaniu noclegu po gospodarzach, ale tak jeden „nie miał warunków”, inny stodoły. A że „ciocia pojechała do Gdańska”, to stwierdzili, że „tu pani może spać, u cioci”, weszli na posesję i otwarli mi stodołę. Piszę notatki, a krowa obok je trawę, ścina lepiej od kosiarki i wącha mój plecak. Rozłożyłam w stodole karimatę i śpiwór, ale moi pomocnicy nadal „koczowali na szosie”, bo jak później powiedzieli ktoś rzucał jabłkami w dach stodoły i się denerwowali. Wyszłam więc, bo należało powiedzieć sąsiadom, że w stodole będzie ktoś spał. W tym czasie mieszkanka z naprzeciwka zadzwoniła do właścicieli, z obawy że podpalę stodołę. W efekcie zaproponowano mi nocleg w normalnym domu.
Kolejnego dnia ruszam skrótem na Opoki. Byłoby super, gdyby ławki na przystankach nie były niszczone, po prostu są pomocne dla wędrowców. Mostek na rzeczce Tążynie, i obok stary kolejowy. Przybranowo, jakiś mały piesek mnie „uszczypnął”, a za chwilę Służewo. Dalej asfalt, pusta droga i wiatr. Za lasem znów idę skrótem, jest Aleksandrów Kujawski i stacja. Idę przez las na wieś Otłoczyn. Po drodze rozmawiam z grzybiarzem i dostaję podpowiedzi co do trasy. Mostek, znów Tążyna, a przed samym Otłoczynem las, kiedyś pierwotna puszcza, chwila przerwy, muszę trochę odsapnąć. Docieram do Otłoczyna i funduję sobie lody. Jest super, bo obok autostrady wiedzie leśna droga na Toruń, ale most przez Wisłę jest wyłącznie dla pojazdów, więc kieruję się do centrum miasta. Za autostradą droga polna, ale i „królewskie” rezydencje. Ulica Wrocławska, potem Łódzka, wjazd podobny jak do Kalisza, bo przy szosie jest pas asfaltu.
Przeprawa przez Wisłę, przechodząc przez most od strony dworca, zza drzew wyłania się imponujący widok panoramy Torunia. Wrażenie niesamowite i warto było przespacerować te 35 kilometrów. No nic, ale wracam do eskapadowej codzienności, wypłacam kaskę i kieruję się do akademików. Nocleg tani, i to, że się oprałam i wysuszyłam, jest aż nierealne, bo pralka i suszarka.
Na wyjściu z Torunia kupuję duży tłusty precel i kierunek północ. Na początku droga rowerowa, dalej szosa z paskiem asfaltu, no i szosa i szosa. Przed Łysomicami korek od strony Gdańska. W pobliżu drogi tytoniowe pola, potem jakieś budowy i błoto na szosie. Rolnik zbierający fasolę poradził iść nadal „jedynką”, a możliwość noclegu ma być ponoć w Kończewicach albo Głuchowie, bo tam są szkoły, a od Grzywna ma być mniej uczęszczana droga. Jeszcze parę kilometrów idę szosą, potem odbijam na Zęgwirt, zwykła droga a potem szlakówka. Cały czas jest zachmurzenie i chłodno ale już nie pada. W Grzywna czysto, worki na śmieci na przystankach, ale nie ma ławeczek, idę tu popytać o noclegi i jest podpowiedź, że lepiej w Chełmży, niż dalej na wioskach. Około 22 kilometry i podjeżdżam do Chełmży, nocleg w domu turystycznym OSiR z miłą obniżoną cenką.
W kolejnym dniu z Chełmży wracam pieszo, bo autobus jedzie później. Jakiś odcinek, po drugiej stronie szosy towarzyszy mi pies, dałam mu sera i stanął, pewnie zastanawiał się czy iść za serem, czy odpuścić, zwłaszcza, że zaczęło padać. Próbuję trochę iść wioskami, ale wracam na szosę bo droga, którą zaczęłam iść, wiodła do jakiejś posesji. Zasięgam informacji i ktoś mówi, że w bok, na zachód od głównej szosy wiódł stary szlak pocztowy. Szlakówka w kierunku Kończewic, a co do pogody, jest zimno, wietrznie i pada.


































