sobota, 1 sierpnia 2026
środa, 29 lipca 2026
Mareza – Korzeniewo – Opalenie – Gniew – Wielkie Walichnowy – Międzyłęż – Tczew – Pruszcz Gdański – Gdańsk
Kolejnego dnia jadę autobusem do Kwidzyna i wracam na trasę szlaku idąc do Marezy.
W Korzeniewie przeprawiam się promem przez Wisłę. Odnosi się wrażenie, jak gdyby prom płynął w lewo. Na drugim brzegu rzeki jest droga asfaltowa, no i uprawy tytoniu. Miejscowość Opalenie, Jaźwiska i Nicponia, piękne płoty i chaty.
Przed Gniewem, żeby nie iść jedynką, idę ścieżką rowerową. Za Polskim Gronowem, wały przeciwpowodziowe, dalej wzniesienia a między jedynką a Wisłą rozpościera się Dolina Walichnowska. Po wielu zapytaniach o nocleg, po około 33 kilometrach trasy, z przystanku Międzyłęż jadę do Rudna, potem w Czarlinie miał być nocleg, lecz nie ma, więc dalej w miłym towarzystwie dojazd do Tczewa. Jednak nie ma nic wolnego, bo są imprezy kulturalne, w akademiku nawet młodzież śpi na podłodze. Umyłam tam tylko ręce, a ochroniarz doradził jakiś prywatny wynajem gdzieś w domku koło szosy. W innym hotelu drogo, więc idę w kierunku domków gdzie miały być pokoje do wynajęcia. Pytam właścicielkę piesków i tak była zaaferowana tym co mówiłam, że wzięła mnie do domu, a jej córka mnie wylegitymowała i poczęstowała kolacją.
Rano, jak zwykle muszę wrócić do punktu etapowego, skąd jechałam na nocleg. Autobus się spóźnił i w Rudnie nie zdążyłam się przesiąść, więc maszeruję kilka kilometrów do krzyżówki na Międzyłęż. Dalej już na trasie pomógł ktoś z rowerem a potem na traktorze. Idę skrótem przez gospodarstwo i polną drogą do Małego Garca. Jest sklepik, więc coś przekąsiłam i podładowałam komórkę. Snopowiązałka wyrzucała prostokąty, miejscowość Rybaki, Mała Słońca i szkoła z pięknymi oknami.
Za wsią orka, po lewej jedynka a po prawej widoczny most na Tczew. Po około 26 kilometrach, super nocleg w akademiku Szkoły Ekonomicznej w Tczewie, tam gdzie poprzedniej nocy spała młodzież.
Jak wyszłam rano z akademików, rozmawiało dwóch mieszkańców tak: - „idziesz do twojej mamuśki”, - „jo”. Wychodzę z Tczewa koło portu, potem miejscowość Czatkowy, mały ruch na szosie, ale jest gorąco i bola nogi, do tego odcisk i źle poszłam, niepotrzebnie odbiłam w bok i obeszłam kawał drogi.
Następnego dnia, coś fajnego, bo za sprawą miłej dziennikarki otrzymałam prezentację multimedialną faktorii rzymskiej. Trzymając się podpowiedzi co do trasy, idę do Gdańska wałem przy Kanale Raduni, zbudowanym przez Krzyżaków, który pomimo, że droga jest niżej, nie przecieka.
niedziela, 26 lipca 2026
Kwidzyn – Malbork – Dzierzgoń – Jelonki – Elbląg – Frombork – Braniewo – miejscowości w Obwodzie Kaliningradzkim – Elbląg
No i najlepsze rano, możliwe, że ze zmęczenia nie zauważyłam, że w pokoju mam łazienkę z natryskiem!!!
niedziela, 19 lipca 2026
Inowrocław – Kawęczyn – Otłoczyn – Toruń – Chełmża – Grudziądz – Kwidzyn
Jeszcze co do noclegu, nie zawsze jest tak fajnie, jak tutaj przy trasie i nie muszę „boksować” się z dojazdem. Rano kupuję żółty ser i wyruszam z Inowrocławia, do Torunia jest jakieś 34 kilometry, bolą plecy a trasa wiedzie pod górkę. coś źle dopytałam, bo odcinek szłam jakimś „objazdem”. kilka kilometrów pod górę, bolą plecy. Jest ścieżka rowerowa, ale jak się okazuje tylko do stacji paliw, dalej szosa z utwardzonym poboczem.
Szadłowice, Ostrowo i wreszcie droga polna na Lipie. Jakieś małe zielone owady, a dają odgłos jak krople deszczu na liściach. Potem jeszcze komary „tną” na drodze przez pola. Szlakówka, ktoś na rowerze pomógł z trasą, dalej Murzynno i asfaltem na Kawęczyn, znów propozycja podwiezienia na rowerze. W Kawęczynie po około 25 kilometrach trasy, młodzież przed barem, zaoferowała pomoc w szukaniu noclegu po gospodarzach, ale tak jeden „nie miał warunków”, inny stodoły. A że „ciocia pojechała do Gdańska”, to stwierdzili, że „tu pani może spać, u cioci”, weszli na posesję i otwarli mi stodołę. Piszę notatki, a krowa obok je trawę, ścina lepiej od kosiarki i wącha mój plecak. Rozłożyłam w stodole karimatę i śpiwór, ale moi pomocnicy nadal „koczowali na szosie”, bo jak później powiedzieli ktoś rzucał jabłkami w dach stodoły i się denerwowali. Wyszłam więc, bo należało powiedzieć sąsiadom, że w stodole będzie ktoś spał. W tym czasie mieszkanka z naprzeciwka zadzwoniła do właścicieli, z obawy że podpalę stodołę. W efekcie zaproponowano mi nocleg w normalnym domu.
Kolejnego dnia ruszam skrótem na Opoki. Byłoby super, gdyby ławki na przystankach nie były niszczone, po prostu są pomocne dla wędrowców. Mostek na rzeczce Tążynie, i obok stary kolejowy. Przybranowo, jakiś mały piesek mnie „uszczypnął”, a za chwilę Służewo. Dalej asfalt, pusta droga i wiatr. Za lasem znów idę skrótem, jest Aleksandrów Kujawski i stacja. Idę przez las na wieś Otłoczyn. Po drodze rozmawiam z grzybiarzem i dostaję podpowiedzi co do trasy. Mostek, znów Tążyna, a przed samym Otłoczynem las, kiedyś pierwotna puszcza, chwila przerwy, muszę trochę odsapnąć. Docieram do Otłoczyna i funduję sobie lody. Jest super, bo obok autostrady wiedzie leśna droga na Toruń, ale most przez Wisłę jest wyłącznie dla pojazdów, więc kieruję się do centrum miasta. Za autostradą droga polna, ale i „królewskie” rezydencje. Ulica Wrocławska, potem Łódzka, wjazd podobny jak do Kalisza, bo przy szosie jest pas asfaltu.
Przeprawa przez Wisłę, przechodząc przez most od strony dworca, zza drzew wyłania się imponujący widok panoramy Torunia. Wrażenie niesamowite i warto było przespacerować te 35 kilometrów. No nic, ale wracam do eskapadowej codzienności, wypłacam kaskę i kieruję się do akademików. Nocleg tani, i to, że się oprałam i wysuszyłam, jest aż nierealne, bo pralka i suszarka.
Na wyjściu z Torunia kupuję duży tłusty precel i kierunek północ. Na początku droga rowerowa, dalej szosa z paskiem asfaltu, no i szosa i szosa. Przed Łysomicami korek od strony Gdańska. W pobliżu drogi tytoniowe pola, potem jakieś budowy i błoto na szosie. Rolnik zbierający fasolę poradził iść nadal „jedynką”, a możliwość noclegu ma być ponoć w Kończewicach albo Głuchowie, bo tam są szkoły, a od Grzywna ma być mniej uczęszczana droga. Jeszcze parę kilometrów idę szosą, potem odbijam na Zęgwirt, zwykła droga a potem szlakówka. Cały czas jest zachmurzenie i chłodno ale już nie pada. W Grzywna czysto, worki na śmieci na przystankach, ale nie ma ławeczek, idę tu popytać o noclegi i jest podpowiedź, że lepiej w Chełmży, niż dalej na wioskach. Około 22 kilometry i podjeżdżam do Chełmży, nocleg w domu turystycznym OSiR z miłą obniżoną cenką.
W kolejnym dniu z Chełmży wracam pieszo, bo autobus jedzie później. Jakiś odcinek, po drugiej stronie szosy towarzyszy mi pies, dałam mu sera i stanął, pewnie zastanawiał się czy iść za serem, czy odpuścić, zwłaszcza, że zaczęło padać. Próbuję trochę iść wioskami, ale wracam na szosę bo droga, którą zaczęłam iść, wiodła do jakiejś posesji. Zasięgam informacji i ktoś mówi, że w bok, na zachód od głównej szosy wiódł stary szlak pocztowy. Szlakówka w kierunku Kończewic, a co do pogody, jest zimno, wietrznie i pada.
środa, 1 lipca 2026
Stare Miasto – miejscowości podane w tekście – Kazimierz Biskupi – Kleczew – Skulsk – Kruszwica – Inowrocław
Posłużę się cytatem z publikacji naukowej: „przed Koninem szlak skręcał na zachód w okolicę Rumina, gdzie w najwęższym miejscu koryta Warty była przeprawa i zapewne ważniejsze miejsce postoju”. Ruszam więc skrótem na Sławsk, od babeczki na rowerze dostaję instrukcję: „za sadem w lewo”, bo w Ruminie można się tylko przeprawić, a ze Sławska jest możliwość dalej na Kawnice. Trzymam się instrukcji, droga wiedzie przez pola i pieski biegnące wolno przed traktorem.
W Sławku pytam czy mogę zrobić zdjęcie samochodu, który stoi na promie.
Po przeprawie promu polna droga, dalej Węglewskie Holendry, i kilka kilometrów pod górę do Kawnic. Ktoś proponuje nocleg, ale jeszcze jest za wcześnie, zbyt mały odcinek marszruty. Są Kawnice i owoc na trasie śliwki, czeremcha, mirabelki. Z Głodowa pod górę, jabłka przy rowie, miejscowość Brzeźniak, za chwilę Kozarzew, a po ponad 26 kilometrach w Kazimierzu Biskupim nie ma schroniska młodzieżowego, ale w sklepie podpowiedź, żeby spróbować w szkole. Pomimo, że w szkole trwał remont, dostałam herbatę i mogłam wziąć prysznic, a spałam w klasie i rano poczęstowano mnie jeszcze bułeczkami.
W kolejnym dniu przed wyruszeniem w kierunku Nieświastowa, idę do sklepu zakupić ser i podziękować za namiary na nocleg. Idę koło kopalni odkrywkowej, a w Kleczewie przy zapytaniach, tylko odpowiadano „nie wiem”. Ale na wyjściu z miasta, jest możliwość trasy po nieczynnych torach do Sławoszewka, jak i inna opcja, że nie ma przejścia ze względu na kopalnię i ponoć jest budowana droga. Więc po zasięgnięciu języka stwierdziłam, że nie ma co ruszać skrótem po tych torach, bo znowu będę ileś kilometrów niepotrzebnie się wracać. No i znowu maszeruję szosą, koszmar, jadą duże samochody, boli ramię, zmieniam pozycje plecaka, jest gorąco. Sławoszewek, Ostrowąż, przy młynie na Ościsłowo. Za Ościsłowem zaczęło grzmieć i padać, jest las, więc odpoczęłam chwilę. Stoję na polu pod akacją, ale już leje tak, że nawet z drzew. Dalej idę szosą, samochody trąbią, buty mokre, próbuję przechodzić pod drzewami, omijać kałuże, ale to bez sensu. Przez Skulską Wieś, po około 40 kilometrach docieram do Skulska, choć miałam kierować się na Paniewo. Ale przynajmniej jest jakieś połączenie na Ślesin. Przed odjazdem autobusu, chciałam kupić banany, ale nie wiedziałam czy mi starczy na bilet do Ślesina. Ale podjechałam tym autobusem, i nawet tani nocleg, nie w hotelu OSiR, tylko prywatnie, nie kąpie się, bo i tak wszystko mokre.
Gwoli przypomnienia, pisałam już gdzieś, że jeśli podjeżdżam na nocleg, to następnego dnia wracam do punktu etapowego. Więc rano ze Ślesina, z powrotem do Skulska i wracam na trasę, kierunek Pilich. Tu zdjęłam woreczki ze skarpetek, bo rano buty były jeszcze mokre. Za Pilichem już kujawsko-pomorskie, i droga mniej jezdna. Po paru kilometrach w Lachmirowicach, fajny kolorowy przystanek. Co jakiś czas idą stare tory na Racice i później z Kruszwicy na Inowrocław. Gdzieś po drodze, rowerzysta chciał bursztyn z mojego naszyjnika i opowiadał o poszukiwaniach z wykrywaczem metalu jak budowano kanalizację, ale nic nie znaleziono. Z Kruszwicy szosą, idzie się koszmarnie, przejście przez Kanał Notecki i Inowrocław. Około 35 kilometrów, jeszcze trochę bieganiny za noclegiem, ale jest turystyczny i tani, co ciekawe budynki w otoczeniu rur. Nocleg idealnie na trasie, choć pół nocy drzemię, bo bolą nogi, a o komarach szkoda gadać.
wtorek, 9 czerwca 2026
Przygodzice – Wysocko – Biskupice Ołoboczne – Nowe Skalmierzyce – Kalisz – miejscowości podane w tekście – Stare Miasto
Za Przygodzicami Wysocko Małe i Wysocko Wielkie z ciekawą nazwą ulicy „700 lecia wsi”. Oczywiście pomyliłam drogę i zamiast od razu na Wtórek, poszłam na Sadowie. Dalej ktoś podpowiedział skrót, polna droga i przy transformatorze, a już na Wtórek pokrzywy, ale można było usiąść i odsapnąć na sianie.
We Wtórku dostałam fajną instrukcję: „ścieżkami i miedzą prosto na las”, ale dokładnie miało być tak: „prosto, las, most, las, i gdzieś jeszcze i miałam dojść do „trąby”, nie wiedząc, że to nazwa wsi.
Wchodzę na jakieś gospodarstwo, piesek wystraszył się mojego plecaka. Kolejne instrukcje, mam iść w stronę elewatorów i pod lasem w lewo. Za drogą pod lasem wydaje mi się, że to już Kalisz a to dopiero były Skalmierzyce. Do tego, coś źle spytałam i zamiast skrótem doszłam na przystanek autobusowy, ale młode rowerzystki podpowiedziały, że na Kalisz prosto. Ogólnie może nadmienię, że ze względu na nie dość dokładne mapy dużo czasu zabiera pytanie o drogę jak i szukanie noclegu. Wreszcie po ponad 29 kilometrach Kalisz. Podjeżdżam do schroniska młodzieżowego, gdzie niesamowita pracownica opowiada o Kaliszu, o tym, że na Lednogórze na mapie Piastów nie ma Kalisza, że – nazwa pochodzi od błota.
Znów ruszam na szlak, a idąc przez miasto nie jestem pewna co do nazwy rzeki. Pytam więc napotkaną dziewczynę, czy to też Prosna, w odpowiedzi przytakuje i mówi, że rozwidla się i „jesteśmy jakby na wyspie”.
Super przejście przez miasto i nietuzinkowa wizytówka kaliskiego grodu na jednym z budynków u zbiegu ulic Stawiszyńskiej i Warszawskiej.
Na wyjściu z miasta, idzie się trudniej bo dalej modernizują drogę. Szosa Turecka, dalej po prawej Dębe i znów roboty drogowe. jest duszno, po 10 kilometrach, zaraz przy drodze w miejscowości Kamień jest motel, i nocuję, bo pytając, okazuje się że dalej nic nie ma, ale mam podpowiedzi jak na następny dzień iść przez wioski.
Wcześnie rano wyruszam na Zborów, mały odcinek na mapie a idzie się godzinę, zastanawia mnie jak ci kupcy szli bez mapy. Po drodze w małych miejscowościach dzieci mówią każdemu „dzień dobry”. Janków, dalej asfaltowa droga na Aleksandrów, mrucząca krowa, i pałaszuję śliwki z drzewa. Fajny akcent plastyczny w formie grupy wyrzeźbionych grzybów przy drzewie. Ponad trzy godziny marszu, gdzieniegdzie widać że nowy asfalt i od Kalisza dużo dróg remontowanych, nowe dywaniki, choć samochody jadą rzadko. Ktoś proponuje nocleg, mniemając, że śpię po gospodarzach.
Od Mycielina miłe zaskoczenie, oznaczony szlak bursztynowy jak rowerowy, biegnący między innymi przez Gadowskie Holendry, gdzie w kierunku północnym znajdował się punkt etapowy „w górnym biegu rzeki Powy” (cytat z publikacji naukowej). Przy skręcie i drogowskazie na Gadówek, rozmawiam chwilę z mieszkankami o tym bursztynowym trakcie. Chciałam maszerować dalej, ale muszę podjechać do Poznania (sprawy dziąsłowe), a akurat stał autobus by odjechać zgodnie z rozkładem, chciałam jechać przez Konin ale kierowca (pomaga podjąć decyzję) podpowiedział, że lepiej do Kalisza. Mówił, że w Gadówku ludzie idą na przesiadkę do szosy, by dalej jechać na Rychwał. W wakacje z Kalisza do Gadówka jadą tylko dwa autobusy dziennie, więc nie ma się co zastanawiać, jadę. Gadaliśmy też o leśnych „zbieraczach”, którzy z dziećmi stoją przy drodze, by zarobić na zeszyty i książki. Prawie 10 godzin marszu i ponad 29 kilometrów.
W kolejnym dniu powrót do Kalisza pociągiem. Przy okazji chcę „pogadać” o szlaku i udaję się do muzeum, oczywiście z plecakiem. Jednak okazuje się, że wszyscy są na Zawodziu, by przygotować imprezę. Jadę do rezerwatu, by porozmawiać z archeologami i dowiaduję się ciekawych rzeczy, między innymi jak kupcy podróżowali przez nasze nieprzebyte lasy. Dalej Powrót autobusem do Gadówka i znów na szlaku w kierunku Gadowskich Holendrów, jakaś krowa podbiegła w podskokach i zaczepiała, a byk spojrzał spode łba. Lasy, pola, rolnik obsiewający ręcznie pole podpowiada krótszą drogę z szosy na Lisiec Wielki. Idę jakimś skrótem przez las, dalej szosa, przejście nad autostradą i po 19 kilometrach Stare Miasto. Kilka telefonów z zapytaniem o nocleg, i jest w Koninie, muszę jednak czekać na autobus ponad godzinę, jestem zmarznięta, a do tego zaczyna padać. Ale nocleg jest tani i kapitalny pokój uczących się pielęgniarek, choć „odzywa” się dziąsło.
niedziela, 31 maja 2026
Psary – miejscowości podane w tekście – Dobroszyce – Cieszyn – Przygodzice
Wiem, że nie powinno zaczynać się zdania od więc, więc trochę o marszrucie. Czasem mam ochotę zrezygnować i ze względu na trudności w znajdywaniu noclegów i na wyczerpujące się już finanse, jak i niedokładne mapy. Kierunek Ramiszów, słychać szmer wody, trasa wzdłuż strumyka. Jest gorąco, pot leci mi do oczu i wypijam hektolitry wody. Przed Domaszczynem piękne małe gruszki. Dobrze się idzie przez wsie, bo spokój na drodze, lasy i można zjeść owoce z drzew, śliwki, gruszki i jabłka. Gadam do psów, krów, drzew. Ale nie mogę zrozumieć tych śmieci z samochodów walających się po polach i rowach, przecież kierowcy tego nie niosą. Szczodre, ładny stary dom i rzeka Dobra.
W miejscowościach są czytelne i pomocne plany ulic.
Dalej Januszkowice, we wsiach czysto, są pojemniki, dużo starych domów bez dachów, chyba do rozbiórki. Jem pod dziką jabłonką i myślę, że gdyby ktoś się przyłączył do mnie na szlaku i pisał pracę, to w zasadzie miałby „gotowca”. Pytam o drogę, ale pokierowano mnie w stronę szosy i trochę w bok od trasy szlaku, zamiast na Dobrzeń, to na Stępin. Oczywiście gapa polazłam, ale po chwili się „kapnęłam”. Po kolejnych zapytaniach ktoś powiedział, że niepotrzebnie robię koło, potem pokierowali rolnicy na maszynach. Idę polnymi drogami i przez pola, kurzy się a drobny piasek na twarzy działa jak naturalny peeling,, oczy szczypią od potu. Znowu maszeruje szosa i buty lepią się do asfaltu. Jakiś ziemniak na poboczu i biorę ze sobą z myślą że sobie zjem jak znowu będzie nocka w polu. Po 30 kilometrach docieram do Dobroszyc, pytam o nocleg i ponoć są noclegi gdzieś nad fryzjerem, ale ktoś się pyta czy mam klucz, odpowiadam, że nie i na to odpowiedź, że nic nie wiedzą. Pytam jeszcze w sklepiku i kiosku, gdzie wskazują Oleśnicę. Podjeżdżam więc kilka kilometrów autobusem i jest hotel.
Od samego rana w Oleśnicy, hałas na ulicy jak w wielkim mieście. W kiosku kupiłam film do aparatu i wypłaciłam pieniądze (kioskarz pokierował). Oczywiście już na starcie zamieszanie z odjazdem autobusu i peronami, ale wreszcie jadę z powrotem do punktu etapowego. Wysiadka i ruszam szlakiem. Za Kolonia Strzelce piękne lasy, napotkany grzybiarz pyta: „czy pani idzie dookoła Polski?”. Co do pogody, to nie ma piekącego słońca, ale jest duszno.
Przed przejazdem w Grabownie Wielkim grzybiarze z koszami pięknych prawdziwków, a przy torach, zabytkowe urządzenia do nalewania wody do lokomotywy a na szosie wielkie czerwone maszyny rolnicze. Trochę lepiej się idzie bo jest fantastyczny wiatr. Przejście przez Twardogórę ulicą Wrocławską i dalej Wielkopolską jest dość szybkie, bowiem centrum miasta jest nieznacznie z boku. Idzie się trochę pod górę, przechodząc obok pięknie wyremontowanych parterówek. Przed Goszczem po lewej w oddali widoczne jeszcze wzgórza, a za chwilę ogromne zabudowania fabryczne. Około kilometra dalej, przed Domasławicami sznury samochodów.
Na zdjęciu ciekawostka, dwie miejscowości zaczynają się jednocześnie. A do Cieszyna trasa z górki, spokój na szosie i jak to nazywam „tunele leśne”. Dopytując o drogę i nocleg, załapałam się na podwózkę z piekarnią do Sośnie, gdzie jest stanica harcerska. Prawie 27 kilometrów w tym dniu, i nie wiem jak dostanę się rano do Cieszyna na trasę, choć ponoć nie ma być problemu, żeby zabrać się jakimś stopem z powrotem. Jak już w relacjach pierwszego dnia, podjeżdżam do hotelu na nocleg i muszę wrócić do punktu etapowego, by pieszo kontynuować wyprawę.
Ranne wyjście z Sośnie, ale nikt nie chce się zatrzymać, idę więc nadprogramowe 7 kilometrów do Cieszyna. Jestem dobita, siadam w lesie, jem i dzwonię. Po czym ruszam, i robię jakieś niepotrzebne, dodatkowe kilometry w bok od szosy. Za Chojnikiem w lesie wiatr, wszędzie grzybiarze i proponują autobus, mówią, żeby nie iść przez las, więc idę szosą, asfalt się lepi, czapkę mi zwiewa. Za Czarnym Lasem, lasy i lasy. Miejscowość Dębnica i stawy, a napotkana osoba opowiada, że teraz są pozarastane brzegi, kiedyś można było spacerować wokół nich, a teraz prywatne i gonią. Nadal lasy, nie ma gdzie przysiąść bo ławki na przystankach w większości rozebrane. Fajne jest, że często dzieci i młodzież po wsiach i małych miejscowościach mówią „dzień dobry”. Miejscowość Przygodzice, po ponad 34 kilometrach, a w okolicy przystanku za centrum pytam o ewentualne noclegi i połączenia do Ostrowa Wielkopolskiego, bo miały być jakieś tanie hotele. Ale na miejscu okazuje się, że nie na moją kieszeń a i jeszcze do tego mam wątpliwości czy kontynuować przedsięwzięcie.
Jednak po przemyśleniu, jak i po opraniu się wracam do Przygodzic i ruszam na trasę.
wtorek, 19 maja 2026
Kłodzko – Wojciechowice – Kamieniec Ząbkowicki – Ciepłowody – Jordanów Śląski – Wrocław – Psary
Przez te „luksusowe” warunki w nocy jadłam i wyszłam jak najwcześniej, nie wiem ale pewnie nocując w hotelu czekałabym, aż przestanie padać. Dzisiaj to był „deszczowy rekord świata”, całą noc lało. Opakowałam plecak folią, ale i tak teraz wszystko ocieka, moje kserówki map totalnie mokre i w strzępach. Jak wyszłam to nakryłam się też folią, ale za chwilę, jak byłam za rynkiem staromiejskim w Kłodzku, wyrzuciłam folię, bo mi działała na nerwy. Już na starcie ociekająca deszczem zatrzymywałam samochody, by nauczona doświadczeniem, pytać o drogę, teraz na Mariańską Dolinę i Wojciechowice. Z reguły kierowcy myślą błędnie, że chcę się zabrać, a ja tylko spytać o drogę, bo nie wszystko wynika z mapy. Dogodne przejście „przez ostatnie pasmo Sudetów” (publikacja naukowa), wydaje się, że to to właśnie Wojciechowice, gdzie idzie się łagodnie pod górę, wzdłuż płynącej obok rzeczki Świerkówki, która na zmianę przeplata się teraz z drogą asfaltową, gdzie po drugiej stronie drogi, raz po raz „wyrastają” skały. Co do pogody, nadal deszcz i już nawet leci z drzew, a najbardziej denerwowało mnie to, że nie mogłam robić zdjęć, szkoda aparatu. Po drodze pies, który wył zamiast szczekać na obcych, bo lało a on biedny nie mógł wejść do domu, ale i piękne szyldy z numerami domów. Pomimo deszczu, ogromną frajdę sprawiały mi „szosowe” strumyki wody płynące po asfalcie, raz w jedną, raz w drugą stronę, brodziłam przez nie, bo i tak już miałam wszystko było mokre. Cały czas las, ale nie usiadłam nawet by zjeść, nie było sensu w tych mokrych ciuchach, zjadłam tylko czekoladę, zakupioną z myślą o trudnych, stromych drogach górskich. ale tak strasznie chciało mi się kawy więc wsypałam rozpuszczalkę, bo akurat miałam w mniejszej butelce, a jadłam w nocy, więc nie było problemu. Dalej przez Laskówkę, droga z górki łagodnie prowadzi w dół, cały czas zabudowania albo lasy. Miejscowość Dzbanów, i korzystając z podpowiedzi w Ożarach, przez gospodarstwo skróciłam sobie drogę, żeby dostać się na szosę do Kamieńca Ząbkowickiego. Ktoś proponował podwiezienie, pomimo wyglądu ciuchów jak z wyciągniętych z pralki bez wirowania. Ręce i stopy „sprane od deszczu”, a z rękawów bluzy polarowej, którą miałam na sobie, raz po raz wyciskałam wodę. Wreszcie Kamieniec Ząbkowicki, ale bąbel na palcu od mokrych butów i tylko jedno zdjęcie na zamek. W hotelu, po przejściu 24 kilometrów komfort niesamowity, wręcz luksus bo pozwolono mi tu wysuszyć ciuchy nad piecykiem, do tego niedrogi nocleg.
Planuję ruszyć jak przestanie padać i wyschną buty. a moje kserówki map, są w strzępach, bo aby sprawdzać co jakiś czas trasę, noszę je w kieszeni. Zjadłam serki i bułkę, a w informacjach pogodowych mówili, że okolice Śląska i region dolnośląski możliwe powodzie, a przez megafon informowali, że zamykają drogę przez most. Poziom rzeki był już pod samym mostem, przepuszczano tylko pieszych oraz szykowano drogi ewakuacyjne. Zalewało ulice i co najgorsze więcej wody nalatywało do piwnic, niż dało się wypompowywać. Wyszłam o 14.00, z obawy, że przez deszcze nie wydostanę się z miasta. W japonkach przeszłam przez zalane ulice, potem zmieniłam buty, cały czas pada. Przed Stolcem, ktoś chciał mnie podwieźć, ale idę, długa wieś, ktoś pytał, czy coś sprzedaję. Większość budynków z XIX wieku, niektóre bardzo zniszczone, ale jakiś domek jest restaurowany. Dalej przez las, drogi podmokłe wdepnęłam w błoto, w połowie odcinka droga leśna „utwardzona” kamieniami i cegłami. Po wyjściu z lasu kierowca zielonego busa z rodziną, spytał czy nie pomóc i udzielił informacji. Za Ciepłowodami nikt się nie chciał zatrzymać, pomimo że jechali w odwrotnym kierunku niż ja szłam, i w efekcie zamiast na Prusy poszłam na Targowicę, odbiłam w bok ładne jakieś parę kilometrów.
Już trasa na Prusy i zaczęło się ściemniać, zatrzymał się samochód, ale jak zwykle podziękowałam, bo i tak nie wiedziałam gdzie będę nocować. W Kondratowicach jednak nie było gospodarstwa agroturystycznego. Było już ciemno, zatrzymała się młodzież, pogadałam trochę i przez chwilę zapomniałam o bolącej kostce. Miejscowość Białobrzezie, może podobnie jak bursztynowi kupcy, doznałam już upałów (w Czechach), ulewnego deszczu, a teraz wędrówki nocą. Gdzieś czekał wóz strażacki na kogoś, kto dojechał na rowerze. Jak pojechali, chciałam gdzieś przysiąść na przystanku, było około 1.00, ale w końcu przedrzemałam godzinę pod jakimś krzakiem. Już wcześniej chyba ktoś wpadł na taki sam pomysł, bo walały się puszki od piwa. Przed wyruszeniem na wyprawę wyciągnęłam z plecaka cieplejszą kurtkę, wiadomo plecak lżejszy, a teraz byłoby mi cieplej. Pachnie ścierniskiem i cały czas zimno, silny zachodni wiatr. Już nie szłam, tylko człapałam, ale cały czas w tej nocy „towarzyszyła” mi góra, a na niej migający maszt. Światła góry po lewej stronie, wskazywały mi kierunek marszu. W Jordanowie Śląskim doszłam do szosy i wróciłam na przystanek by usiąść i spytać o nocleg i za jakieś parę kilometrów w kierunku Wrocławia ma być zajazd. Nie miałam już siły, po tej nocce w drodze i złamałam moją zasadę wyłącznie wędrówki pieszej. Podjechałam busem do Pustkowa Wilczkowskiego, pierwszy raz nie przerobiłam tego odcinka trasy pieszo. Jest gospoda, jestem „wysuszona”, piję trzecią wodę, miły kelner pozwala mi naładować telefon. Schabowy na śniadanie i czekam na wolny pokój. Ponad 14 godzin marszu, boli noga i odciski między palcami.
W kolejnym dniu noga jeszcze boli, ale idę do Wrocławia. Myślę o tym, że w hotelach są to dla mnie zbyt duże kwoty, a awaryjnie mam karimatę i śpiwór. Pytam o drogę na Damianowice, dalej Ręków i Solna. Znów upewniam się co do trasy pytając „zbieraczy” fasoli na polu, no i jakiś piesek, który asystował mi przez pół wsi.
Za mostem, by upewnić się co do trasy, pytam na przystanku i otrzymuję instrukcje, by iść skrótem, dalej kieruję się na Widawę i Psary. Mijam po drodze hotel, ale idę dalej, może będzie tańszy, następny jest z trzema gwiazdkami, więc telefon i po około 26 kilometrach trasy, wracam autobusem do hotelu mijanego po drodze. Po ulokowaniu w pokoju, lecę na zakupy, wodę, sok, jabłka (mam ochotę na owoce, ale w trasie nie mam jak umyć), jogurt, a po powrocie, zostaję poczęstowana pysznym krupnikiem.
Następnego dnia na śniadanie jajecznica, lecz autobus już pojechał. Ruszam więc pieszo do puntu etapowego na ulicy Sułowskiej i tu wytłumaczę: jeśli podjeżdżam gdzieś do hotelu, to zawsze wracam w to samo miejsce, by kontynuować marszrutę.
Po „przeprawie”, mostem widawskim, jeszcze odcinek szosą, Psary i wreszcie polna droga (dosłownie i w przenośni). Przy jakiejś posesji tabliczka „uwaga, zły pies a gospodyni jeszcze gorsza”. W Psarach przy parku wyrzuciłam plastiki do pojemników (już gdzieś pisałam, że jak dziwaczka niosę je w siatce), a małemu pieskowi dałam serek. Na przystanku upewniam się co do trasy i okazuje się, że złomiarze rozebrali most i dalej muszę iść objazdem na Ramiszów i Domaszczyn.
czwartek, 7 maja 2026
Nové Mĕsto nad Metují – Náchod – Kudowa-Zdrój – Jeleniów – Lewin Kłodzki – Polanica-Zdrój – Kłodzko
Ruszam w kierunku granicy czesko-polskiej, na razie szlak żółty. Idzie się super, bo jest chłodno i nawet mili kierowcy chcą podwieźć. Pan pracujący w gospodzie Přibyslav, oglądając moje mapy z „czecot”, zauważył że nie ma na nich miejscowości Peklo, przez którą to miejscowość trzeba iść na Jizbice do Dobrošov i w kierunku granicy. Dalej chłopcy na motorze, już za Přibyslavem, pokazali dobry szlak. Wchodzę w las, no i zaczęły się góry, dosłownie i w przenośni. Buty już mokre i najpierw górskimi ścieżkami, czasem obok potoku szlak prowadzi w dół, a potem z kolei stromo w górę.
Łąki i znów las, a ja nie daję rady i niemożliwością staje się robienie notatek, więc muszę na chwilę przysiąść. A jak ci bursztynowi kupcy szli z tymi tobołami, nie wyobrażam sobie.
Wreszcie prosta droga i wiatr, który koi zmęczenie, ale buty i skarpetki mam mokre, cały czas pada. Zjadłam coś, a od Jizbice wszystkie sklepy pozamykane i nie mogę kupić filmu. Miejscowość Česká Čermná i do Vrbiny 1 kilometr. Około 14.00 granica, nikogo nie ma w budce, nie wiem czy mogę przejść, no ale przechodzę. Za szlabanami, droga wiedzie lekko w dół. Skończył mi się film do aparatu i pytam napotkanych ludzi przy pierwszych zabudowaniach w Polsce o sklep, ale okazuje się tu jeszcze „czeskie obyczaje” i sklep otwarty dopiero po południu. Ochlapana od butów do powyżej kolan, idę do Kudowy, a miły pan z rowerem podpowiada gdzie mogę kupić film.
Dodatkowe kilometry i dwie godziny później wracam do Vrbiny porobić zdjęcia. W sklepie, bo teraz jest czynny kupuję wafle ryżowe w polewie jogurtowej (pycha), sprzedawczyni patrząc na mnie, myślała że byłam na grzybach czy borówkach.
Po polskiej stronie, zaraz przy granicy kościółek kryty gontem.
Idąc od granicy kieruję się na Lewin Kłodzki, i tam gdzie powinna być droga weszłam na jakieś gospodarstwo z elektrycznym „pastuchem”, ale właściciele pokierowali na szlak. Fajnie bo normalna polna droga, cały czas leciutko biegła w dół. Nie byłam pewna czy w pewnym momencie dobrze skręciłam, ale za chwilę leżały butelki, opakowania po papierosach, papierki po czipsach i słodyczach, to już było wiadomo, że idę właściwym szlakiem (podobne śmieci w Czechach). Pola, łąki, las i widok na miasta. Na leśnej drodze leżało zwalone drzewo, ale już ktoś wcześniej jakimś ciężkim sprzętem, może traktorem utorował „objazd”, więc poszłam po śladach. Gdy zaczęły się zabudowania i pytam o nocleg, zdałam sobie sprawę jak wyglądam, spodnie ochlapane ponad kolana od deszczu jak i tego, że idąc szosą dodatkowo ochlapały mnie samochody. Jest jakiś dom, ale pokoje zajęte a dowiadując się o noclegi „nabłociłam”. Po wielu zapytaniach o nocleg, ktoś pozwolił mi rozłożyć namiot, gdzieś na górce, ale chłopcy gdzie miało być gospodarstwo agroturystyczne skierowali mnie z powrotem na szosę, gdzie ktoś wynajmował. Wreszcie w Jeleniowie, około 19.00, po ponad 24 kilometrach jest możliwość noclegu za grosze. Miła właścicielka dała pościel, ale wzięłam tylko poszewkę na poduszkę i rozwinęłam śpiwór. Przeprałam trochę spodnie i skarpetki, bo i tak wszystko było wilgotne, łącznie z plecakiem i karimatą na dole, jeszcze poukładałam ciuchy i wytrzepałam buty.
Rano jeszcze mokre rzeczy spakowałam do siatki i dałam do plecaka, na śpiwór. Na skarpetki założyłam woreczki, bo buty były normalnie mokre. Po wyruszeniu kupiłam wodę, bułki i serek (teraz już nie muszę kupować na zapas, bo tu sklepy są otwarte).
Kolejowa piękność w Lewinie Kłodzkim.
Z Lewina Kłodzkiego, moja eskapada biegnie szlakiem turystycznym przez Witów i przełęcz Polskie Wrota, podobnie jak zmierzali kupcy wędrujący po złoto Północy.
Podczas marszruty, moimi cichymi towarzyszami były zwierzęta. Krówka ta wodziła za mną pyskiem, gdy przechodziłam obok.
Za Przełęczą Polskie Wrota, Słoszów i okolica bogata w stawy rybne oraz gospodarstwa agroturystyczne. W Dusznikach Zdroju wypłaciłam wreszcie kasę, kupiłam zeszyt do notatek, jogurty, i wafelka, pączka, serek, jogurt, bo jeszcze w Czechach (jak sobie mówię „państwo bez faxów”), chciałam kupić oś słodkiego. Dalej pada, choć z przerwami, oczywiście spodnie do kostek są ochlapane. Jest 12.00, nie ma przy trasie żadnego daszka czy budki, by schronić się przed deszczem, więc jem i idę. Do Szczytnej, obok szosy przy strumieniu wiedzie wspaniały trakt dla pieszych. Po jakiejś godzinie marszu, usiadłam na przystanku, wreszcie pod daszkiem i notuję, przeczekam aż trochę przestanie padać. Przydałby się jakiś notatnik elektroniczny, by po drodze zapisywać pewne rzeczy, bo potem umykają, a nie sposób całą drogę iść z zeszytem i długopisem w ręce, zwłaszcza jak leje. W Szczytnej, nie było noclegu, bo przyjechała duża grupa, wiec idę dalej. Ze Szczytnej do Polanicy Zdroju szosa przeplatającą się z torami kolejowymi i strumykiem, i cały czas towarzyszy szum Bystrzycy Dusznickiej. Widoki tak jak kiedyś, za czasów kupców, ale chciałam by było bez śmieci, więc nie robię zdjęć. Przed Polanicą gapiłam się w mapę i prawie zahaczył mnie o prawe ramię zielony bus, więc stwierdziłam, że nie ma sensu ganiać w tym dniu do Kłodzka i lepiej zatrzymać się na nocleg, zwłaszcza, że zbliżałam się do jakiegoś sanatorium. I jeszcze do tego woreczki na suchych skarpetkach już „chlasły” i chlupało mi w butach, a spodnie wiadomo, mokre po kostki. Ponad 18 kilometrów trasy, ale zafundowałam sobie kolację i trochę się oprałam. Aha, przy godzinach często piszę około, bo nieraz chwilę pytam, zasięgając informacji lub rozmawiam o eskapadzie.
Kolejnego dnia rano, zakładam mokre rzeczy, buty też wilgotne, a skarpetki suszyłam na nogach. Więc tak, wychodzę w trasę później i zaczęło się fajnie, bo wyszło słońce. W rękę wzięłam mokrą koszulkę, żeby podeschła. Widzę drogowskaz Kłodzko, więc nie pytając nikogo, idę pewna, że w dobrą stronę, po pewnym czasie mostek na rzeczce (ktoś sprawdzał wysokość wody na moście), patrzę na mapę: nie ma. Za jakiś czas Szalejów Górny, ale nie ma tej miejscowości na wytyczonej przeze mnie trasie i po chwili skapnęłam się że poszłam w bok, zamiast sprawdzać mapę i pytać ludzi. Do tego jeszcze ściągnęłam mokre ciuchy i potem niosłam je w ręce, a na siebie założyłam polar. Byłam zła bo chciałam wejść do Kłodzka od Zagórza, żeby przejść przez miasto, poszukać hotelu i wywołać zdjęcia. Więc tak jakbym szła objazdem i cofnęłam się na Szalejów Dolny. Co ciekawego to, czyste miasto bo są pojemniki na śmieci oraz kosze (piszę o tym, bo wielokrotnie „targam” w siatce śmieci ileś tam kilometrów), a i kobiety jak „szalone” jeżdżą małymi samochodami. Wreszcie Kłodzko, znowu deszcz, próbuję schronić się pod drzewami, szosa sprawia wrażenie jeziora, przejść można środkiem jak po mieliznach. Droga w mieście jak góry i doliny na przemian. Jeden hotel przy stadionie przegapiłam, inny za drogi a do schroniska nie mogłam się dodzwonić. W którejś recepcji po telefonie na campingu miałam zaklepany pokój. Daleko, ale jest nocleg, wzięłam ręcznik żeby wykręcić ciuchy, w nocy ubiorę się w nie, to trochę wyschną. W pokoju, typowe meble PRL i boazeria. Spałam w rzeczach, z siatką pod poduszką, bo można było wyjść oknem prawie tak jak drzwiami. co do trasy, to ponad 19 kilometrów, a wytyczoną wiadomo byłoby mniej. Przez te deszcze teraz marszruta jest zgodnie z planem, a byłam jeden dzień do przodu.
Ciekawostka techniczna w Kłodzku.
środa, 4 lutego 2026
Hradec Králové – Skalice – Vlkov – Jaromĕř – Rychnovek – Volovka – Mĕstec – Nahřany – Nové Město nad Metují
W hotelu mogę być do 12.00, więc rano się trochę oprałam, i choć w nocy padało, wszystko jakoś przeschło. Od rana trochę bieganiny po mieście, bo na małych pocztach oraz tych w mniejszych miejscowościach, nie ma faksów i relacje z wyprawy wysłałam dopiero z poczty głównej w Hradec Králové. I być może dlatego, że wyruszyłam na trasę później, plecak wydaje się dwa razy cięższy. Ale za to po drodze bez problemów kupiłam wodę, krem i pastę, no i jadłam też mirabelki.
Dzielnice Věkoše, Pouchov, Rusek, a dalej miejscowości: Skalice, Vlkov, Josefov, Jaromĕř i znowu problem z noclegiem. Jedna z osób, które pytałam o hotel, starszy pan na rowerze, jak mówiliśmy o cenach, stwierdził że lepiej spać w parku w Josefovie, niż płacić tyle za nocleg, bo ten w pobliżu był drogi. Idąc, z karimatą i śpiworem, sama już wcześniej myślałam o ewentualnym nocowaniu w lesie, bo miałam serek i bułkę (też na śniadanie), no i wodę. Potem o nocowaniu gdzieś w pobliżu parku na polanie, nawet rozglądałam się w tym celu za jakimiś krzakami, ale stchórzyłam. No może gdyby to był las, to odważyłabym się, ale po parku w nocy mogą chodzić ludzie.
między dzielnicą Josefov a Jaromĕř, płyną w odległości mniejszej niż kilometr dwie rzeki Metuje i Labe
Następny hotel wskazała kobieta spacerująca z dzieckiem, a dalej pomogli mili chłopcy, i choć jeden z nich był na rowerze, podeszli ze mną prawie pod sam rynek, gdzie miał być Hotel Pod Jeleniem za 250 koron, ale wolnych pokojów brak, chyba niepotrzebnie zrobiłam zdjęcie. Było około 20.00, i blisko nad pizzerią, jest hotel ale za 500 koron. jako jedyna możliwość noclegu, po przejściu około 21 kilometrów. I znowu zamiast nocować gdzieś dalej na trasie, musiałam iść do centrum Jaromĕř i krążyć po mieście szukając hotelu. Fajnie by było gdyby ktoś dokładnie policzył te kilometry, np. GPSem. Napisałam sobie ile jest do granicy i jeśli nie będę szukać hotelu, to będzie około 34 kilometry.
Kolejnego dnia wyruszam około 7.00, pogoda idealna bo nie jest gorąco i nie pada. Na wyjściu z Jaromĕř, stuletni dom z wizerunkiem patrona miasta,
a na drogowskazie, kilometry do Wrocławia, proszę zwrócić uwagę ile jest jeszcze do maszerowania,
Rychnovek, tu zabudowania przy samej szosie i psy szczekają, skacząc ponad płot. Za Volovka, kilka razy podlatuje do mnie końska mucha, jak gdyby mnie „kokietowała”. Idzie się dobrze bo chłodno i słońce za chmurami, chociaż gdy zaczynam pisać to się przeciera. Mrówki "łażą" mi po plecaku, jakby chciały iść ze mną, chyba wyczuły moją ochotę na jakieś ciasto. Mĕstec, gdzie planowałam nocleg, Nahřany i około 12.00 Nové Mĕsto nad Metují. Świetna pogoda przez całą drogę, choć przeszłam trochę mniej, bo 18 kilometrów, z uwagi na to że jutro zaczynają się góry, to co dla mnie jest najtrudniejsze, a ja raczej jestem turystką brzeżno-morską. Hotel Metuj, nocleg 200 koron. Ale najpierw zakupy, wreszcie kupiłam owoce, bo na trasie nie mam możliwości umycia ich, wodę, sok i coś na drugie śniadanie. A w hotelowej restauracji zjadłam pyszne sadzone jajka (może to śmieszne co piszę) za 33 korony. Wcześniej zanim jeszcze znalazłam hotel, na poczcie którą mi wskazano nie było faksu, bo małe poczty takiego udogodnienia nie posiadają, i do Polski mogę wysłać fax tylko z Náchodu. Łączność wręcz satelitarna, ale mogę wysłać z hotelu. Na drugi dzień rano, coś miłego, bo nie płaciłam w hotelu za wysłane faksy (nadmienię, że za poprzednie wysłane na trasie zapłaciłam ponad 200 koron). Babeczka w recepcji w rozmowie potwierdziła, że dużym utrudnieniem dla Czechów jest to, że na pocztach nie ma faksów. Teraz, idę się rozejrzeć za jakimś płaszczem przeciwdeszczowym (sklepy na głównej ulicy), mam dwie wody z obawy przed niemożliwością kupna w górach. W efekcie kupuję cienką folię malarską, by owinąć plecak bo mży, oraz łyżeczki jednorazowe (bo jak taka gapa nie wzięłam i przez to nie kupowałam jogurtów).












































