czwartek, 7 maja 2026

Nové Mĕsto nad Metují - Náchod

 


Turystyczne drogowskazy, jeszcze w Czechach,

Nie pobłądziłam po lesie, bo pomogły czeskie dzieci i kierunek marszu "potwierdził", ten niesamowicie kapitalny drogowskaz


Docierając do czesko – polskiej granicy turystycznej Vrbiny, nie tylko buty ale i skarpetki mam mokre. Prawdopodobnie dlatego, że padało w budce nie było nikogo, krzyczałam nawet „halo”, przed przejściem bramek.


Po polskiej stronie, zaraz przy granicy kościółek kryty gontem. A ja pytając o nocleg, zdałam sobie sprawę jak wyglądam, spodnie obłocone po kolana. Najpierw przyglądano mi się bez słowa, a potem odpowiadano, że nie ma miejsc. Wreszcie dobra kobiecina, udzieliła mi noclegu za grosze.


Rano mokre rzeczy wpakowałam do siatki i ruszyłam w kierunku Lewina Kłodzkiego. Chyba nie trzeba komentować tej kolejowej piękności.

Z Lewina Kłodzkiego, niebieskim szlakiem przez Witów, eskapada wiedzie w pobliżu przejścia Polskie Wrota koło Kudowy, podobnie jak zmierzali wędrujący po złoto Północy.

Podczas marszruty, moimi cichymi towarzyszami były zwierzęta. Krówka ta wodziła za mną pyskiem, gdy przechodziłam obok. Za Przełęczą Polskie Wrota, Słoszów i okolica bogata w stawy rybne oraz gospodarstwa agroturystyczne. Na dachu jednego z nich znajduje się reklama, idealnie widoczna z biegnącej powyżej szosy.


Ze Szczytnej, droga wiedzie wzdłuż strumienia Bystrzycy Dusznickiej. Szum tego strumienia, towarzyszy mi całą drogę do Polanicy Zdroju.


Zastanawiałam się czy dać tą fotkę, ale tak właśnie, podobnie jak warkocz przeplatają się ze sobą strumyk, szosa i droga kolejowa. Przed Polanicą Zdrój, gapiłam się w mapę i zahaczył mnie o prawe ramię zielony bus. Więc stwierdziłam, że nie ma sensu "drałować" w tym dniu do Kłodzka i i lepiej będzie zatrzymać się na nocleg. I jeszcze do tego woreczki na suchych skarpetkach już "chlasły" wcześniej i "chlupało" mi w butach, a spodnie po kostki mokre i brudne.


Szalejów Górny, a obok jest Szalejów Dolny, gdzie młode kobiety jak „szalone” jeżdżą samochodami. Bardzo czyste miejscowości, wszędzie stoją pojemniki na śmieci. Piszę o tym bowiem wielokrotnie "targałam" śmieci kilka kilometrów, by ich nie wyrzucać byle gdzie.


"Pokrążyłam" trochę, przez Szalejów Górny i Szalejów Dolny, ale wreszcie kierunek Kłodzko.


Szukając już w Kłodzku noclegu, przechodziłam obok takiej ciekawostki technicznej.

(teksty z "gl.")


środa, 4 lutego 2026

Hradec Králové – Skalice – Vlkov – Jaromĕř – Rychnovek – Volovka – Mĕstec – Nahřany – Nové Město nad Metují

W hotelu mogę być do 12.00, więc rano się trochę oprałam, i choć w nocy padało, wszystko jakoś przeschło. Od rana trochę bieganiny po mieście, bo na małych pocztach oraz tych w mniejszych miejscowościach, nie ma faksów i relacje z wyprawy wysłałam dopiero z poczty głównej w Hradec Králové. I być może dlatego, że wyruszyłam na trasę później, plecak wydaje się dwa razy cięższy. Ale za to po drodze bez problemów kupiłam wodę, krem i pastę, no i jadłam też mirabelki


nazwa w północnej części Hradec Králové, jako ciekawostka lingwistyczna 


i również w dzielnicy Rusek, przy trasie klub - gospoda  

Dzielnice Věkoše, Pouchov, Rusek, a dalej miejscowości: Skalice, Vlkov, Josefov, Jaromĕř i znowu problem z noclegiem. Jedna z osób, które pytałam o hotel, starszy pan na rowerze, jak mówiliśmy o cenach, stwierdził że lepiej spać w parku w Josefovie, niż płacić tyle za nocleg, bo ten w pobliżu był drogi. Idąc, z karimatą i śpiworem, sama już wcześniej myślałam o ewentualnym nocowaniu w lesie, bo miałam serek i bułkę (też na śniadanie), no i wodę. Potem o nocowaniu gdzieś w pobliżu parku na polanie, nawet rozglądałam się w tym celu za jakimiś krzakami, ale stchórzyłam. No może gdyby to był las, to odważyłabym się, ale po parku w nocy mogą chodzić ludzie. 

między dzielnicą Josefov a Jaromĕř, płyną w odległości mniejszej niż kilometr dwie rzeki Metuje i Labe

Następny hotel wskazała kobieta spacerująca z dzieckiem, a dalej pomogli mili chłopcy, i choć jeden z nich był na rowerze, podeszli ze mną prawie pod sam rynek, gdzie miał być Hotel Pod Jeleniem za 250 koron, ale wolnych pokojów brak, chyba niepotrzebnie zrobiłam zdjęcie. Było około 20.00, i blisko nad pizzerią, jest hotel ale za 500 koron. jako jedyna możliwość noclegu, po przejściu około 21 kilometrów. I znowu zamiast nocować gdzieś dalej na trasie, musiałam iść do centrum Jaromĕř i krążyć po mieście szukając hotelu. Fajnie by było gdyby ktoś dokładnie policzył te kilometry, np. GPSem. Napisałam sobie ile jest do granicy i jeśli nie będę szukać hotelu, to będzie około 34 kilometry. 

Kolejnego dnia wyruszam około 7.00, pogoda idealna bo nie jest gorąco i nie pada. Na wyjściu z Jaromĕř, stuletni dom z wizerunkiem patrona miasta, 


a na drogowskazie, kilometry do Wrocławia, proszę zwrócić uwagę ile jest jeszcze do maszerowania,  

Rychnovek, tu zabudowania przy samej szosie i psy szczekają, skacząc ponad płot. Za Volovka, kilka razy podlatuje do mnie końska mucha, jak gdyby mnie „kokietowała”. Idzie się dobrze bo chłodno i słońce za chmurami, chociaż gdy zaczynam pisać to się przeciera. Mrówki "łażą" mi po plecaku, jakby chciały iść ze mną, chyba wyczuły moją ochotę na jakieś ciasto. Mĕstec, gdzie planowałam nocleg, Nahřany i około 12.00 Nové Mĕsto nad Metují. Świetna pogoda przez całą drogę, choć przeszłam trochę mniej, bo 18 kilometrów, z uwagi na to że jutro zaczynają się góry, to co dla mnie jest najtrudniejsze, a ja raczej jestem turystką brzeżno-morską. Hotel Metuj, nocleg 200 koron. Ale najpierw zakupy, wreszcie kupiłam owoce, bo na trasie nie mam możliwości umycia ich, wodę, sok i coś na drugie śniadanie. A w hotelowej restauracji zjadłam pyszne sadzone jajka (może to śmieszne co piszę) za 33 korony. Wcześniej zanim jeszcze znalazłam hotel, na poczcie którą mi wskazano nie było faksu, bo małe poczty takiego udogodnienia nie posiadają, i do Polski mogę wysłać fax tylko z Náchodu. Łączność wręcz satelitarna, ale mogę wysłać z hotelu. Na drugi dzień rano, coś miłego, bo nie płaciłam w hotelu za wysłane faksy (nadmienię, że za poprzednie wysłane na trasie zapłaciłam ponad 200 koron). Babeczka w recepcji w rozmowie potwierdziła, że dużym utrudnieniem dla Czechów jest to, że na pocztach nie ma faksów. Teraz, idę się rozejrzeć za jakimś płaszczem przeciwdeszczowym (sklepy na głównej ulicy), mam dwie wody z obawy przed niemożliwością kupna w górach. W efekcie kupuję cienką folię malarską, by owinąć plecak bo mży, oraz łyżeczki jednorazowe (bo jak taka gapa nie wzięłam i przez to nie kupowałam jogurtów). 

Na trasie w kierunku czesko – polskiej granicy turystycznej, zmiana krajobrazu. Las i zaczęły się góry, dosłownie i w przenośni. Niemożliwością było robienie notatek, a kupcy z tymi tobołami, nie wyobrażam sobie