poniedziałek, 3 sierpnia 2026

niedziela, 2 sierpnia 2026

jantarová stezka z Prahy

Do Wrocławia pociągiem, dalej autobusem do Pragi. Po przyjeździe na Florenc i przebraniu się w eskapadowy uniform, zamiast jechać metrem, jak prowadzą przewodnicy, ruszam pieszo na Staré Město. 

Piękny secesyjny budynek, oraz Prašná brána, przez którą to wjazd do stolicy odbywały orszaki koronacyjne królów czeskich, oraz poselstwa zagraniczne. Jak nazwa wskazuje w XVII i XVIII wieku, służyła jako skład prochu. 


Staromĕstská radnice, pełniący często funkcję ratusza wszystkich miast praskich. Wielokrotnie poszerzany i przebudowywany, zajmuje prawie całą zachodnią część, rynku Starego Miasta. 


Krążąc po uliczkach staromiejskiej Pragi,


i podziwiając detale architektoniczne, kieruję się do wyszehradzkiego grodu. 


Vyšehrad i ciekawostka, na historyczny obiekt można wejść ulicą Vratislavova, a wyjść Táborská brána.


W tle zabytkowe budynki praskich wodociągów, a w oddali Vltava i lewobrzeżna Praha. A ja zaczynam przygodę i podobnie jak bursztynowi kupcy, podążam w upalny dzień, właśnie wzdłuż biegu rzeki Wełtawy.


Piękne tereny rekreacyjne, ścieżka rowerowo-piesza i pola golfowe. 


Mijam budowę autostrady, współczesna technika na starożytnym szlaku handlu bursztynem,


oraz ciekawa sztuka użytkowa


nieopodal celtyckiego oppidum,


skąd rozpościera się widok na Zbraslav, gdzie ma być punkt postojowy. Idę szosą, a w mieście szukam noclegu i raz pod górkę, raz stromo w dół. Wreszcie po ponad 21 kilometrach jest możliwość noclegu, jestem zmarnowana i nie ma internetu. 
W kolejnym dniu jadę więc na na Smíchov i kilka godzin siedzę w kafejce internetowej.
Dzień przerwy w marszrucie i znów ruszam. Praga 




sobota, 1 sierpnia 2026

odcinki uzupełnione

Eskapada szlakiem bursztynowym, jest przedsięwzięciem pieszym. Ale niektórych odcinków nie udało mi się zrealizować na piechotę i te nieprzemaszerowane uzupełniłam kolejnego lata. Najpierw pojechałam do Gdańska, zwiedziłam wyjątkowe Muzeum Bursztynu i udałam się na jarmark dominikański. 

A na trasę wyruszyłam podczas Słonecznych Warsztatów, gdzie atrakcją było ubieranie koguta w bursztynowe „piórka” (zdjęcie nie jest mojego autorstwa. a wykonane aparatem Nikon D70s, przypuszczalnie wykonane przez gdańskiego fotografa, jeśli ktoś poznaje, uprzejmie proszę o informację), 

Mijam kolejne koguciska, symbole gdańskiego jarmarku i podjeżdżam do stacji Przymorze, skąd ruszam osiedlami i dalej deptakiem w kierunku Sopotu, gdzie panuje tłok,

no i wizytówka miasta. Do Gdyni idę lasem, przechodzę obok filtrów,   

i przy potoku Swelina. Jak na szlak bursztynowy przystało, w większości teren górski. Trochę błądzenia a w mieście, dopytując o trasę właścicielkę pieska, kucając rozdarłam spodnie. No i pytanie, gdzie przenocować, choć nie pisałam o tym, ale wyruszając rano na eskapadę, już myślę o możliwości noclegu. Jak zwykle pomogła młodzież, a pokój super, bo z łazienką.

Rano, dojazd z powrotem na trasę, na ul. Morską, potem Pucką pod górkę, przy osiedlu Pogórze i na  Suchy Dwór. Następnie miejscowość Dębogórze, las i leśniczówka na Kazimierz z akcentem poznańskim. 


Dalej asfaltówka i przy kanałach droga przez pola do Redy. Rozmawiam z młodzieżą, że gdzieś ma być karczma. Idę ścieżką rowerową, 

a w oddali górskie widoki, w kierunku Zatoki Puckiej. Dalej Sławutówko i miłe zapytanie kierowcy, czy może chcę gdzieś podjechać. A ja najchętniej dalej, szłabym na bosaka. Szosa w kierunku Połczyno, nie ma pasa dla pieszych i cały czas wieje wiatr, 

ale za to widoki jakich zapewne nie oglądali bursztynowi kupcy. Jest Starzyno, ponad 32 kilometry trasy i ruszam z powrotem. Jadę jak autostopem, bo za grosze do Pucka, pociąg do Gdyni i przesiadka do Gdańska, nocleg w schronisku. 

Następnego dnia wcześnie rano jadę do Elbląga, pociąg ma trochę opóźnienia. Ruszam z elbląskiej  przystani, tak jak przypłynęłam statkiem Marabut. Cały czas leje, płaszcz przeciwdeszczowy, który kupiłam na dworcu w Elblągu, nie wystarcza. Buty i skarpetki mokre. Za Elblągiem, piękny wiadukt w Bogaczewie. Cały czas szosą, do tego deszcz, a jeszcze dodam, że jest to trasa na Warszawę, tak więc „polecam” zamiast sportów ekstremalnych. Wreszcie rozwidlenie na Krosno, szosa mniej jezdna i do Jelonek, wyszło około 28 kilometrów. 

Pogoda cały czas deszczowa, więc fotka z eskapady, jest to właśnie pochylnia, gdzie statki jadą po lądzie. A ja tym razem wracam do domu, różne auta które się zatrzymywały, również PKS. A jadąc przez Dzierzgoń do Malborka, dziwię się sobie że tyle szłam. W Poznaniu, dzień przerwy, opranie, e-maile i leczenie paluchów. 

Jadę do Wrocławia i najpierw udaję się do Muzeum Archeologicznego, dowiedzieć się coś więcej o bursztynie z Partynic. Po południu autobus do Pustkowa Wilczkowskiego i znów ruszam, przez Biskupice, Popowice do Jordanowa Śląskiego, wioski blisko siebie, niecałe 6 kilometrów.  

Kierunek Kudowa-Zdrój by przenocować, ale również rozważałam możliwość Nowego Miasta nad Metują. Po ponad godzinnym szukaniu jest nocleg, wieczorem doładowuję telefon, wymieniam walutę w najtańszym kantorze, a autobusy do Nachodu jadą co godzinę. 

W kolejnym dniu wyjazd do Náchod, dalej pociągiem przez Hradec Králové, Poděbrady do Praha-Vysočany. Trochę pytań, jak dotrzeć w pobliże hotelu, skąd rozpoczęłam eskapadę. Ulica Freyova, ruszam w kierunku praskiego starego miasta. I podobnie jak poprzednio Czechy przywitały mnie upałem. Ulica Sokolovská, za chwilę mijam dworzec Florenc, potem kolejowy i Náměstí Republiky ze stacją metra.  

A na wprost Obecní Dům, reprezentacyjny dom stołecznego miasta Pragi, gdzie urządzane są wielkie uroczystości, oraz koncerty. 

Staré Město i zwierzęta z ulicy Celetnej, 


oraz inne postacie.


Pojazdy, może nie historyczne, ale pomocne.

Spaceruję uliczkami przy Staroměstské Náměstí, gdzie znajdują się autentyczne, historyczne oznakowania domów. 


Po około siedmiu kilometrach docieram na Václavské náměsti, gdzie mieści się Národní muzeum. 


A po południu kieruję się w stronę dworca. Autobusem jadę do Wrocławia i pociągiem w moje fyrtle.