Eskapada szlakiem bursztynowym, jest przedsięwzięciem pieszym. Ale niektórych odcinków nie udało mi się zrealizować na piechotę i te nieprzemaszerowane uzupełniłam kolejnego lata. Najpierw pojechałam do Gdańska, zwiedziłam wyjątkowe Muzeum Bursztynu i udałam się na jarmark dominikański.
A na trasę wyruszyłam podczas Słonecznych Warsztatów, gdzie atrakcją było ubieranie koguta w bursztynowe „piórka” (zdjęcie nie jest mojego autorstwa. a wykonane aparatem Nikon D70s, przypuszczalnie wykonane przez gdańskiego fotografa, jeśli ktoś poznaje, uprzejmie proszę o informację),
Mijam kolejne koguciska, symbole gdańskiego jarmarku i podjeżdżam do stacji Przymorze, skąd ruszam osiedlami i dalej deptakiem w kierunku Sopotu, gdzie panuje tłok,
no i wizytówka miasta. Do Gdyni idę lasem, przechodzę obok filtrów,
i przy potoku Swelina. Jak na szlak bursztynowy przystało, w większości teren górski. Trochę błądzenia a w mieście, dopytując o trasę właścicielkę pieska, kucając rozdarłam spodnie. No i pytanie, gdzie przenocować, choć nie pisałam o tym, ale wyruszając rano na eskapadę, już myślę o możliwości noclegu. Jak zwykle pomogła młodzież, a pokój super, bo z łazienką.
Rano, dojazd z powrotem na trasę, na ul. Morską, potem Pucką pod górkę, przy osiedlu Pogórze i na Suchy Dwór. Następnie miejscowość Dębogórze, las i leśniczówka na Kazimierz z akcentem poznańskim.
Dalej asfaltówka i przy kanałach droga przez pola do Redy. Rozmawiam z młodzieżą, że gdzieś ma być karczma. Idę ścieżką rowerową,
a w oddali górskie widoki, w kierunku Zatoki Puckiej. Dalej Sławutówko i miłe zapytanie kierowcy, czy może chcę gdzieś podjechać. A ja najchętniej dalej, szłabym na bosaka. Szosa w kierunku Połczyno, nie ma pasa dla pieszych i cały czas wieje wiatr,
ale za to widoki jakich zapewne nie oglądali bursztynowi kupcy. Jest Starzyno, ponad 32 kilometry trasy i ruszam z powrotem. Jadę jak autostopem, bo za grosze do Pucka, pociąg do Gdyni i przesiadka do Gdańska, nocleg w schronisku.
Następnego dnia wcześnie rano jadę do Elbląga, pociąg ma trochę opóźnienia. Ruszam z elbląskiej przystani, tak jak przypłynęłam statkiem Marabut. Cały czas leje, płaszcz przeciwdeszczowy, który kupiłam na dworcu w Elblągu, nie wystarcza. Buty i skarpetki mokre. Za Elblągiem, piękny wiadukt w Bogaczewie. Cały czas szosą, do tego deszcz, a jeszcze dodam, że jest to trasa na Warszawę, tak więc „polecam” zamiast sportów ekstremalnych. Wreszcie rozwidlenie na Krosno, szosa mniej jezdna i do Jelonek, wyszło około 28 kilometrów.
Pogoda cały czas deszczowa, więc fotka z eskapady, jest to właśnie pochylnia, gdzie statki jadą po lądzie. A ja tym razem wracam do domu, różne auta które się zatrzymywały, również PKS. A jadąc przez Dzierzgoń do Malborka, dziwię się sobie że tyle szłam. W Poznaniu, dzień przerwy, opranie, e-maile i leczenie paluchów.
Jadę do Wrocławia i najpierw udaję się do Muzeum Archeologicznego, dowiedzieć się coś więcej o bursztynie z Partynic. Po południu autobus do Pustkowa Wilczkowskiego i znów ruszam, przez Biskupice, Popowice do Jordanowa Śląskiego, wioski blisko siebie, niecałe 6 kilometrów.
Kierunek Kudowa-Zdrój by przenocować, ale również rozważałam możliwość Nowego Miasta nad Metują. Po ponad godzinnym szukaniu jest nocleg, wieczorem doładowuję telefon, wymieniam walutę w najtańszym kantorze, a autobusy do Nachodu jadą co godzinę.
W kolejnym dniu wyjazd do Náchod, dalej pociągiem przez Hradec Králové, Poděbrady do Praha-Vysočany. Trochę pytań, jak dotrzeć w pobliże hotelu, skąd rozpoczęłam eskapadę. Ulica Freyova, ruszam w kierunku praskiego starego miasta. I podobnie jak poprzednio Czechy przywitały mnie upałem. Ulica Sokolovská, za chwilę mijam dworzec Florenc, potem kolejowy i Náměstí Republiky ze stacją metra.
A na wprost Obecní Dům, reprezentacyjny dom stołecznego miasta Pragi, gdzie urządzane są wielkie uroczystości, oraz koncerty.
Staré Město i zwierzęta z ulicy Celetnej,
Spaceruję uliczkami przy Staroměstské Náměstí, gdzie znajdują się autentyczne, historyczne oznakowania domów.















Brak komentarzy:
Prześlij komentarz