Przez te „luksusowe” warunki w nocy jadłam i wyszłam jak najwcześniej, nie wiem ale pewnie nocując w hotelu czekałabym, aż przestanie padać. Dzisiaj to był „deszczowy rekord świata”, całą noc lało. Opakowałam plecak folią, ale i tak teraz wszystko ocieka, moje kserówki map totalnie mokre i w strzępach. Jak wyszłam to nakryłam się też folią, ale za chwilę, jak byłam za rynkiem staromiejskim w Kłodzku, wyrzuciłam folię, bo mi działała na nerwy. Już na starcie ociekająca deszczem zatrzymywałam samochody, by nauczona doświadczeniem, pytać o drogę, teraz na Mariańską Dolinę i Wojciechowice. Z reguły kierowcy myślą błędnie, że chcę się zabrać, a ja tylko spytać o drogę, bo nie wszystko wynika z mapy. Dogodne przejście „przez ostatnie pasmo Sudetów” (publikacja naukowa), wydaje się, że to to właśnie Wojciechowice, gdzie idzie się łagodnie pod górę, wzdłuż płynącej obok rzeczki Świerkówki, która na zmianę przeplata się teraz z drogą asfaltową, gdzie po drugiej stronie drogi, raz po raz „wyrastają” skały. Co do pogody, nadal deszcz i już nawet leci z drzew, a najbardziej denerwowało mnie to, że nie mogłam robić zdjęć, szkoda aparatu. Po drodze pies, który wył zamiast szczekać na obcych, bo lało a on biedny nie mógł wejść do domu, ale i piękne szyldy z numerami domów. Pomimo deszczu, ogromną frajdę sprawiały mi „szosowe” strumyki wody płynące po asfalcie, raz w jedną, raz w drugą stronę, brodziłam przez nie, bo i tak już miałam wszystko było mokre. Cały czas las, ale nie usiadłam nawet by zjeść, nie było sensu w tych mokrych ciuchach, zjadłam tylko czekoladę, zakupioną z myślą o trudnych, stromych drogach górskich. ale tak strasznie chciało mi się kawy więc wsypałam rozpuszczalkę, bo akurat miałam w mniejszej butelce, a jadłam w nocy, więc nie było problemu. Dalej przez Laskówkę, droga z górki łagodnie prowadzi w dół, cały czas zabudowania albo lasy. Miejscowość Dzbanów, i korzystając z podpowiedzi w Ożarach, przez gospodarstwo skróciłam sobie drogę, żeby dostać się na szosę do Kamieńca Ząbkowickiego. Ktoś proponował podwiezienie, pomimo wyglądu ciuchów jak z wyciągniętych z pralki bez wirowania. Ręce i stopy „sprane od deszczu”, a z rękawów bluzy polarowej, którą miałam na sobie, raz po raz wyciskałam wodę. Wreszcie Kamieniec Ząbkowicki, ale bąbel na palcu od mokrych butów i tylko jedno zdjęcie na zamek. W hotelu, po przejściu 24 kilometrów komfort niesamowity, wręcz luksus bo pozwolono mi tu wysuszyć ciuchy nad piecykiem, do tego niedrogi nocleg.
Planuję ruszyć jak przestanie padać i wyschną buty. a moje kserówki map, są w strzępach, bo aby sprawdzać co jakiś czas trasę, noszę je w kieszeni. Zjadłam serki i bułkę, a w informacjach pogodowych mówili, że okolice Śląska i region dolnośląski możliwe powodzie, a przez megafon informowali, że zamykają drogę przez most. Poziom rzeki był już pod samym mostem, przepuszczano tylko pieszych oraz szykowano drogi ewakuacyjne. Zalewało ulice i co najgorsze więcej wody nalatywało do piwnic, niż dało się wypompowywać. Wyszłam o 14.00, z obawy, że przez deszcze nie wydostanę się z miasta. W japonkach przeszłam przez zalane ulice, potem zmieniłam buty, cały czas pada. Przed Stolcem, ktoś chciał mnie podwieźć, ale idę, długa wieś, ktoś pytał, czy coś sprzedaję. Większość budynków z XIX wieku, niektóre bardzo zniszczone, ale jakiś domek jest restaurowany. Dalej przez las, drogi podmokłe wdepnęłam w błoto, w połowie odcinka droga leśna „utwardzona” kamieniami i cegłami. Po wyjściu z lasu kierowca zielonego busa z rodziną, spytał czy nie pomóc i udzielił informacji. Za Ciepłowodami nikt się nie chciał zatrzymać, pomimo że jechali w odwrotnym kierunku niż ja szłam, i w efekcie zamiast na Prusy poszłam na Targowicę, odbiłam w bok ładne jakieś parę kilometrów.
Już trasa na Prusy i zaczęło się ściemniać, zatrzymał się samochód, ale jak zwykle podziękowałam, bo i tak nie wiedziałam gdzie będę nocować. W Kondratowicach jednak nie było gospodarstwa agroturystycznego. Było już ciemno, zatrzymała się młodzież, pogadałam trochę i przez chwilę zapomniałam o bolącej kostce. Miejscowość Białobrzezie, może podobnie jak bursztynowi kupcy, doznałam już upałów (w Czechach), ulewnego deszczu, a teraz wędrówki nocą. Gdzieś czekał wóz strażacki na kogoś, kto dojechał na rowerze. Jak pojechali, chciałam gdzieś przysiąść na przystanku, było około 1.00, ale w końcu przedrzemałam godzinę pod jakimś krzakiem. Już wcześniej chyba ktoś wpadł na taki sam pomysł, bo walały się puszki od piwa. Przed wyruszeniem na wyprawę wyciągnęłam z plecaka cieplejszą kurtkę, wiadomo plecak lżejszy, a teraz byłoby mi cieplej. Pachnie ścierniskiem i cały czas zimno, silny zachodni wiatr. Już nie szłam, tylko człapałam, ale cały czas w tej nocy „towarzyszyła” mi góra, a na niej migający maszt. Światła góry po lewej stronie, wskazywały mi kierunek marszu. W Jordanowie Śląskim doszłam do szosy i wróciłam na przystanek by usiąść i spytać o nocleg i za jakieś parę kilometrów w kierunku Wrocławia ma być zajazd. Nie miałam już siły, po tej nocce w drodze i złamałam moją zasadę wyłącznie wędrówki pieszej. Podjechałam busem do Pustkowa Wilczkowskiego, pierwszy raz nie przerobiłam tego odcinka trasy pieszo. Jest gospoda, jestem „wysuszona”, piję trzecią wodę, miły kelner pozwala mi naładować telefon. Schabowy na śniadanie i czekam na wolny pokój. Ponad 14 godzin marszu, boli noga i odciski między palcami.
W kolejnym dniu noga jeszcze boli, ale idę do Wrocławia. Myślę o tym, że w hotelach są to dla mnie zbyt duże kwoty, a awaryjnie mam karimatę i śpiwór. Pytam o drogę na Damianowice, dalej Ręków i Solna. Znów upewniam się co do trasy pytając „zbieraczy” fasoli na polu, no i jakiś piesek, który asystował mi przez pół wsi.
Za mostem, by upewnić się co do trasy, pytam na przystanku i otrzymuję instrukcje, by iść skrótem, dalej kieruję się na Widawę i Psary. Mijam po drodze hotel, ale idę dalej, może będzie tańszy, następny jest z trzema gwiazdkami, więc telefon i po około 26 kilometrach trasy, wracam autobusem do hotelu mijanego po drodze. Po ulokowaniu w pokoju, lecę na zakupy, wodę, sok, jabłka (mam ochotę na owoce, ale w trasie nie mam jak umyć), jogurt, a po powrocie, zostaję poczęstowana pysznym krupnikiem.
Następnego dnia na śniadanie jajecznica, lecz autobus już pojechał. Ruszam więc pieszo do puntu etapowego na ulicy Sułowskiej i tu wytłumaczę: jeśli podjeżdżam gdzieś do hotelu, to zawsze wracam w to samo miejsce, by kontynuować marszrutę.
Po „przeprawie”, mostem widawskim, jeszcze odcinek szosą, Psary i wreszcie polna droga (dosłownie i w przenośni). Przy jakiejś posesji tabliczka „uwaga, zły pies a gospodyni jeszcze gorsza”. W Psarach przy parku wyrzuciłam plastiki do pojemników (już gdzieś pisałam, że jak dziwaczka niosę je w siatce), a małemu pieskowi dałam serek. Na przystanku upewniam się co do trasy i okazuje się, że złomiarze rozebrali most i dalej muszę iść objazdem na Ramiszów i Domaszczyn.







Brak komentarzy:
Prześlij komentarz