wtorek, 9 czerwca 2026

Przygodzice – Wysocko – Biskupice Ołoboczne – Nowe Skalmierzyce – Kalisz – miejscowości podane w tekście – Stare Miasto

Za Przygodzicami Wysocko Małe i Wysocko Wielkie z ciekawą nazwą ulicy „700 lecia wsi”. Oczywiście pomyliłam drogę i zamiast od razu na Wtórek, poszłam na Sadowie. Dalej ktoś podpowiedział skrót, polna droga i przy transformatorze, a już na Wtórek pokrzywy, ale można było usiąść i odsapnąć na sianie. 

We Wtórku dostałam fajną instrukcję: „ścieżkami i miedzą prosto na las”, ale dokładnie miało być tak: „prosto, las, most, las, i gdzieś jeszcze i miałam dojść do „trąby”, nie wiedząc, że to nazwa wsi. 

Wchodzę na jakieś gospodarstwo, piesek wystraszył się mojego plecaka. Kolejne instrukcje, mam iść w stronę elewatorów i pod lasem w lewo. Za drogą pod lasem wydaje mi się, że to już Kalisz a to dopiero były Skalmierzyce. Do tego, coś źle spytałam i zamiast skrótem doszłam na przystanek autobusowy, ale młode rowerzystki podpowiedziały, że na Kalisz prosto. Ogólnie może nadmienię, że ze względu na nie dość dokładne mapy dużo czasu zabiera pytanie o drogę jak i szukanie noclegu. Wreszcie po ponad 29 kilometrach Kalisz. Podjeżdżam do schroniska młodzieżowego, gdzie niesamowita pracownica opowiada o Kaliszu, o tym, że na Lednogórze na mapie Piastów nie ma Kalisza, że – nazwa pochodzi od błota. 

Znów ruszam na szlak, a idąc przez miasto nie jestem pewna co do nazwy rzeki. Pytam więc napotkaną dziewczynę, czy to też Prosna, w odpowiedzi przytakuje i mówi, że rozwidla się i „jesteśmy jakby na wyspie”. 

Super przejście przez miasto i nietuzinkowa wizytówka kaliskiego grodu na jednym z budynków u zbiegu ulic Stawiszyńskiej i Warszawskiej.

Na wyjściu z miasta, idzie się trudniej bo dalej modernizują drogę. Szosa Turecka, dalej po prawej Dębe i znów roboty drogowe. jest duszno, po 10 kilometrach, zaraz przy drodze w miejscowości Kamień  jest motel, i nocuję, bo pytając, okazuje się że dalej nic nie ma, ale mam podpowiedzi jak na następny dzień iść przez wioski.  

Wcześnie rano wyruszam na Zborów, mały odcinek na mapie a idzie się godzinę, zastanawia mnie jak ci kupcy szli bez mapy. Po drodze w małych miejscowościach dzieci mówią każdemu „dzień dobry”. Janków, dalej asfaltowa droga na Aleksandrów, mrucząca krowa, i pałaszuję śliwki z drzewa. Fajny akcent plastyczny w formie grupy wyrzeźbionych grzybów przy drzewie. Ponad trzy godziny marszu, gdzieniegdzie widać że nowy asfalt i od Kalisza dużo dróg remontowanych, nowe dywaniki, choć samochody jadą rzadko. Ktoś proponuje nocleg, mniemając, że śpię po gospodarzach. 

Od Mycielina miłe zaskoczenie, oznaczony szlak bursztynowy jak rowerowy, biegnący między innymi przez Gadowskie Holendry, gdzie w kierunku północnym znajdował się punkt etapowy „w górnym biegu rzeki Powy” (cytat z publikacji naukowej). Przy skręcie i drogowskazie na Gadówek, rozmawiam chwilę z mieszkankami o tym bursztynowym trakcie. Chciałam maszerować dalej, ale muszę podjechać do Poznania (sprawy dziąsłowe), a akurat stał autobus by odjechać zgodnie z rozkładem, chciałam jechać przez Konin ale kierowca (pomaga podjąć decyzję) podpowiedział, że lepiej do Kalisza. Mówił, że w Gadówku ludzie idą na przesiadkę do szosy, by dalej jechać na Rychwał. W wakacje z Kalisza do Gadówka jadą tylko dwa autobusy dziennie, więc nie ma się co zastanawiać, jadę. Gadaliśmy też o leśnych „zbieraczach”, którzy z dziećmi stoją przy drodze, by zarobić na zeszyty i książki. Prawie 10 godzin marszu i ponad 29 kilometrów.  

W kolejnym dniu powrót do Kalisza pociągiem. Przy okazji chcę „pogadać” o szlaku i udaję się do muzeum, oczywiście z plecakiem. Jednak okazuje się, że wszyscy są na Zawodziu, by przygotować imprezę. Jadę do rezerwatu, by porozmawiać z archeologami i dowiaduję się ciekawych rzeczy, między innymi jak kupcy podróżowali przez nasze nieprzebyte lasy. Dalej Powrót autobusem do Gadówka i znów na szlaku w kierunku Gadowskich Holendrów, jakaś krowa podbiegła w podskokach i zaczepiała, a byk spojrzał spode łba. Lasy, pola, rolnik obsiewający ręcznie pole podpowiada krótszą drogę z szosy na Lisiec Wielki. Idę jakimś skrótem przez las, dalej szosa, przejście nad autostradą i po 19 kilometrach Stare Miasto. Kilka telefonów z zapytaniem o nocleg, i jest w Koninie, muszę jednak czekać na autobus ponad godzinę, jestem zmarznięta, a do tego zaczyna padać. Ale nocleg jest tani i kapitalny pokój uczących się pielęgniarek, choć „odzywa” się dziąsło.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz