Posłużę się cytatem z publikacji naukowej: „przed Koninem szlak skręcał na zachód w okolicę Rumina, gdzie w najwęższym miejscu koryta Warty była przeprawa i zapewne ważniejsze miejsce postoju”. Ruszam więc skrótem na Sławsk, od babeczki na rowerze dostaję instrukcję: „za sadem w lewo”, bo w Ruminie można się tylko przeprawić, a ze Sławska jest możliwość dalej na Kawnice. Trzymam się instrukcji, droga wiedzie przez pola i pieski biegnące wolno przed traktorem.
W Sławku pytam czy mogę zrobić zdjęcie samochodu, który stoi na promie.
Po przeprawie promu polna droga, dalej Węglewskie Holendry, i kilka kilometrów pod górę do Kawnic. Ktoś proponuje nocleg, ale jeszcze jest za wcześnie, zbyt mały odcinek marszruty. Są Kawnice i owoc na trasie śliwki, czeremcha, mirabelki. Z Głodowa pod górę, jabłka przy rowie, miejscowość Brzeźniak, za chwilę Kozarzew, a po ponad 26 kilometrach w Kazimierzu Biskupim nie ma schroniska młodzieżowego, ale w sklepie podpowiedź, żeby spróbować w szkole. Pomimo, że w szkole trwał remont, dostałam herbatę i mogłam wziąć prysznic, a spałam w klasie i rano poczęstowano mnie jeszcze bułeczkami.
W kolejnym dniu przed wyruszeniem w kierunku Nieświastowa, idę do sklepu zakupić ser i podziękować za namiary na nocleg. Idę koło kopalni odkrywkowej, a w Kleczewie przy zapytaniach, tylko odpowiadano „nie wiem”. Ale na wyjściu z miasta, jest możliwość trasy po nieczynnych torach do Sławoszewka, jak i inna opcja, że nie ma przejścia ze względu na kopalnię i ponoć jest budowana droga. Więc po zasięgnięciu języka stwierdziłam, że nie ma co ruszać skrótem po tych torach, bo znowu będę ileś kilometrów niepotrzebnie się wracać. No i znowu maszeruję szosą, koszmar, jadą duże samochody, boli ramię, zmieniam pozycje plecaka, jest gorąco. Sławoszewek, Ostrowąż, przy młynie na Ościsłowo. Za Ościsłowem zaczęło grzmieć i padać, jest las, więc odpoczęłam chwilę. Stoję na polu pod akacją, ale już leje tak, że nawet z drzew. Dalej idę szosą, samochody trąbią, buty mokre, próbuję przechodzić pod drzewami, omijać kałuże, ale to bez sensu. Przez Skulską Wieś, po około 40 kilometrach docieram do Skulska, choć miałam kierować się na Paniewo. Ale przynajmniej jest jakieś połączenie na Ślesin. Przed odjazdem autobusu, chciałam kupić banany, ale nie wiedziałam czy mi starczy na bilet do Ślesina. Ale podjechałam tym autobusem, i nawet tani nocleg, nie w hotelu OSiR, tylko prywatnie, nie kąpie się, bo i tak wszystko mokre.
Gwoli przypomnienia, pisałam już gdzieś, że jeśli podjeżdżam na nocleg, to następnego dnia wracam do punktu etapowego. Więc rano ze Ślesina, z powrotem do Skulska i wracam na trasę, kierunek Pilich. Tu zdjęłam woreczki ze skarpetek, bo rano buty były jeszcze mokre. Za Pilichem już kujawsko-pomorskie, i droga mniej jezdna. Po paru kilometrach w Lachmirowicach, fajny kolorowy przystanek. Co jakiś czas idą stare tory na Racice i później z Kruszwicy na Inowrocław. Gdzieś po drodze, rowerzysta chciał bursztyn z mojego naszyjnika i opowiadał o poszukiwaniach z wykrywaczem metalu jak budowano kanalizację, ale nic nie znaleziono. Z Kruszwicy szosą, idzie się koszmarnie, przejście przez Kanał Notecki i Inowrocław. Około 35 kilometrów, jeszcze trochę bieganiny za noclegiem, ale jest turystyczny i tani, co ciekawe budynki w otoczeniu rur. Nocleg idealnie na trasie, choć pół nocy drzemię, bo bolą nogi, a o komarach szkoda gadać.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz