środa, 29 lipca 2026

Mareza – Korzeniewo – Opalenie – Gniew – Wielkie Walichnowy – Międzyłęż – Tczew – Pruszcz Gdański – Gdańsk

Kolejnego dnia jadę autobusem do Kwidzyna i wracam na trasę szlaku idąc do Marezy.  

W Korzeniewie przeprawiam się promem przez Wisłę. Odnosi się wrażenie, jak gdyby prom płynął w lewo. Na drugim brzegu rzeki jest droga asfaltowa, no i uprawy tytoniu. Miejscowość Opalenie, Jaźwiska i Nicponia, piękne płoty i chaty. 

Przed Gniewem, żeby nie iść jedynką, idę ścieżką rowerową. Za Polskim Gronowem, wały przeciwpowodziowe, dalej wzniesienia a między jedynką a Wisłą rozpościera się Dolina Walichnowska. Po wielu zapytaniach o nocleg, po około 33 kilometrach trasy, z przystanku Międzyłęż jadę do Rudna, potem w Czarlinie miał być nocleg, lecz nie ma, więc dalej w miłym towarzystwie dojazd do Tczewa. Jednak nie ma nic wolnego, bo są imprezy kulturalne, w akademiku nawet młodzież śpi na podłodze. Umyłam tam tylko ręce, a ochroniarz doradził jakiś prywatny wynajem gdzieś w domku koło szosy. W innym hotelu drogo, więc idę w kierunku domków gdzie miały być pokoje do wynajęcia. Pytam właścicielkę piesków i tak była zaaferowana tym co mówiłam, że wzięła mnie do domu, a jej córka mnie wylegitymowała i poczęstowała kolacją. 

Rano, jak zwykle muszę wrócić do punktu etapowego, skąd jechałam na nocleg. Autobus się spóźnił i w Rudnie nie zdążyłam się przesiąść, więc maszeruję kilka kilometrów do krzyżówki na Międzyłęż. Dalej już na trasie pomógł ktoś z rowerem a potem na traktorze. Idę skrótem przez gospodarstwo i polną drogą do Małego Garca. Jest sklepik, więc coś przekąsiłam i podładowałam komórkę. Snopowiązałka wyrzucała prostokąty, miejscowość Rybaki, Mała Słońca i szkoła z pięknymi oknami. 

Za wsią orka, po lewej jedynka a po prawej widoczny most na Tczew. Po około 26 kilometrach, super nocleg w akademiku Szkoły Ekonomicznej w Tczewie, tam gdzie poprzedniej nocy spała młodzież. 

Jak wyszłam rano z akademików, rozmawiało dwóch mieszkańców tak: - „idziesz do twojej mamuśki”, - „jo”. Wychodzę z Tczewa koło portu, potem miejscowość Czatkowy, mały ruch na szosie, ale jest gorąco i bola nogi, do tego odcisk i źle poszłam, niepotrzebnie odbiłam w bok i obeszłam kawał drogi. 


Ale za to, gdzieś po drodze fajny reklamowy przystanek. Za Ostrowite, pytając rowerzystów upewniam się co do kierunku na Pruszcz, przytaknęli, ale znowu szłam jakimś objazdem, teraz z kolei poszłam kilka kilometrów niepotrzebnie w prawo. Po około 24 kilometrach jest Pruszcz Gdański, nocleg w hotelu cukrowni. 

Następnego dnia, coś fajnego, bo za sprawą miłej dziennikarki otrzymałam prezentację multimedialną faktorii rzymskiej. Trzymając się podpowiedzi co do trasy, idę do Gdańska wałem przy Kanale Raduni, zbudowanym przez Krzyżaków, który pomimo, że droga jest niżej, nie przecieka. 


Idąc szlakiem można podziwiać takie perełki, ale i są też prozaiczne sprawy, jak WC, i właśnie w pobliskim zajeździe pozwolono mi skorzystać z toalety. Po ponad 17 kilometrach dotarłam nad morze, były meduzy i trochę muszli, bursztynu nie. Po wyjściu z plaży, coś niesamowitego, po parku chodziły dziki, w tym locha z młodymi a sroka zgubiła orzecha. Trochę odsapnęłam i ruszyłam na dworzec, by wrócić do Poznania. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz