niedziela, 26 lipca 2026

Kwidzyn – Malbork – Dzierzgoń – Jelonki – Elbląg – Frombork – Braniewo – miejscowości w Obwodzie Kaliningradzkim – Elbląg

No i najlepsze rano, możliwe, że ze zmęczenia nie zauważyłam, że w pokoju mam łazienkę z natryskiem!!! 


Z Gurcza na Ryjewo, przy trasie szeleszczące niskie zboże dalej na Mątowskie Pastwiska. W Ryjewie zmiana trasy, bowiem jest możliwość zabłądzenia w lesie, tak podpowiedzieli w sklepie. 


Ryjewo to jak ktoś w sklepie powiedział „gminna wieś, długa ulicówka”, czysto, kosze na śmieci w całej wsi i dom z dachem jak chata, ponoć „ładniejsze są za torami”. Trochę bolą nogi, ale jest asfalt na Sztum, i podpowiedź, że można iść drogą polną obok torów. I znów szosą, ale fajnie, że jest remont i auta jadą wolniej. Na drodze co jakiś czas fasolka, potem okazało się, że gubiły duże ciężarówy. Przed Malborkiem przyspieszam, i „sprintem”, by zdążyć do schroniska młodzieżowego, a wcześniej informowałam się telefonicznie. Około 36 kilometrów i co jest fajne na tym terenie, że gdzieś tak od Kwidzyna mieszkańcy mówią „jo”. 

Umyśliłam sobie, że od Malborka mogę płynąć Nogatem, więc zamiast ruszyć na trasę, idę na przystań przy zamku w Malborku a potem kawał drogi do portu. 


W porcie stało parę barek i byli wędkarze, ale nikogo z obsługi portu, by się spytać. Więc z powrotem przez miasto, upewniam się co do trasy i coś miłego, bo w rozmowie o noclegach, ktoś mówi, że przenocowałby mnie. Dalej na Nową Wieś Malborską potem na Dąbrówkę Malborską, świetny wiatr ale za chwilę deszcz. Cały czas szosą, po około 30 kilometrach w Dzierzgoń, pytam o nocleg, pomaga młodzież w kontakcie z prowadzącym hotel i dom kultury. Nogi bolą, ubieram więc polara.
 
Wcześnie rano ruszam asfaltem w kierunku Bągartu, mostek przez rzeczkę Dzierzgoń, dalej mocno oddalone od siebie małe wioski. Od Starego Dolno, odcinki z kamlotami, źle się idzie, ale jak miejscowa udzielam instrukcji podróżnym jak jechać na Nowe Dolno. 


Idąc na Stankowo, cały czas wieje. Jelonki i docieram do „zjeżdżalni”, wycofuję się ale po pewnym czasie gdy wracam i pytam po raz kolejny o możliwość wejścia na statek, i mogę się zabrać. Coś śmiesznego, bo „wywaliłam” się przed wejściem na statek i bilet nie jest tani, ale po 22 kilometrach pieszo, płynę Kanałem Elbląskim i drogą wodną docieram do Elbląga. 


Jezioro Drużno jest rezerwatem przyrody i cytuję: „gdyby nie ta roślinność, nie byłoby ptactwa”. 

Wyruszam z Elbląga, a przed Jagodnem zaczyna się Park Krajobrazowy Wysoczyzny Elbląskiej. Miejscowość Suchacz i cały czas w dół, Pęklewo, i dla odmiany pod górkę w kierunku Kadyn. Do Tolkmicka raz w górę, raz w dół, trochę ścieżką rowerową, trochę kamlotami, terenową i nieczynnymi torami kolejowymi. Po 38 kilometrach Frombork i planowałam sobie nocleg w schronisku, więc dopytuję napotkaną osobę, mówi, że był harcerzem i  „gna” mnie przez cały Frombork na stanicę harcerską, która nota bene była już nieczynna. Więc przyspieszyłam, by zdążyć do schroniska.  

Jak zwykle z Fromborka wyruszam rano i po 10 kilometrach stacja kolejowa w Braniewie. Jadę pociągiem do Kaliningradu, i idę kilka kilometrów ze stacji do centrum miasta. 

Następnego dnia jadę autobusem, miła „babuszka” co przysiadła, nie chciała by jej pomagać. Z miejscowości Приморск, znów ruszam pieszo przez las, droga prowadzi obok poligonu. Dalej szeroka polna droga ale i kamloty. We wsi wysokie blaszane i drewniane ploty, źle poszłam i znów kawałek z powrotem, Jest duszno, ale zaczęło trochę wiać. Szosa, mały ruch, obiekty przemysłowe, jakieś niewykończone hale, może szklarnie, scenografia jak do filmu. 


Gdzieś ktoś chciał mnie podwieźć. Znowu  jakieś zrujnowane budynki i pozostałości po halach czy szklarniach, ale kolorowy przystanek i ładny odnowiony dom. Pada deszcz, grzmi, i zaczyna lać, po chwili, nawet leje pod drzewem. Miejscowość Янтарный i około 32 kilometry, biegnę za miejscowymi, by spytać się o hotel. Hotelu nie ma, ale mogę spać u mieszkanki w domu. Mieszka skromnie i aktualnie nie ma ciepłej wody, choć gaz jest. 

Rano na śniadanie pyszne upieczone bliny. Mieszka skromnie i nie zawsze w tych blokach jest ciepła woda, grzeją jak jest mazut. Opowiada, że pracuje w domu kultury, a jej ojciec był Polakiem. Rano odprowadza mnie aż do szosy. No i ruszam, mokre ciuchy niosę w siatce. I na przemian las, wieś, gdzieś krowa podeszła sobie do kubłów i częstowała się z nich. Przy drodze pola i zniszczony asfalt, aż do Dońska. Fajne anteny, jak koło rowerowe. Co odcinek są obiekty wojskowe i na trasie pomagają żołnierze, dogaduję się trochę po rosyjsku i trochę po angielsku. Jest morze, choć tam gdzie chciałam dość stacjonują marynarze, i na Mayak nie można.


Mogłam iść tylko morzem, obeszłam prawie dwa kilometry po kamlotach, ani jednego bursztynu, tylko totem. Ale spotkałam łowiących złoto północy, pokazali mi bursztyn i nawet trzymałam w ręce, z wrażenia zapomniałam zrobić zdjęcie. Idąc morzem, napotkałam siedlisko ptactwa i zaczął się teren podmokły. Wyszłam dwa razy w jakieś maliny, pokrzywy i bagno, w końcu za trzecim razem, przez chaszcze do góry na jakąś drogę, doszłam do jednostki i wróciłam by dojść do wsi Filino, łącznie około 12 kilometrów. Dalej busem do Swietłogorska i z powrotem do Kaliningradu. 


Pospacerowałam po mieście oraz zwiedziłam muzeum bursztynu. Po spakowaniu się jadę autobusem z Kaliningradu do Elbląga. Nocleg fajny, bo w szkole, no i na kolejny dzień muszę wrócić do punktu etapowego, czyli do Kwidzyna.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz